RECENZJE

Clipse
Hell Hath No Fury

2006, Jive 7.4

W rekapitulacji sprzed kilku dni Łukasz Halicki słusznie zauważył, że rok w muzyce hip-hopowej upłynął raczej pod znakiem rozczarowań, niż sukcesów i ekscesów (w tej dziedzinie te dwie sfery łączą się zasadniczo). Nowe płyty Jaya-Z, Outkast, DJ Shadowa, śmierć Jaya Dee, czy floggin' the death 2Pac stworzyło raczej nudno-ponury krajobraz. Tym większe moje zaskoczenie, gdy pod koniec roku ukazała się płyta, która oświetliła ten ponury landszaft promieniami słońca, sprawiła, że na ugorze zaczęły pojawiać się kwiaty dobrych podkładów i zajebistej nawijki (what da bullshit?).

Hell Hath No Fury przynosi wszystko, czego można wymagać od hip-hopowego albumu. Nawet więcej, mówię wam, niggaz. Po pierwsze: pierwiastek popularny. Komercyjny nawet. Na płycie roi się od prostych, a chwytających hooków, pozornie minimalistyczne utwory mają całkiem spory potencjał radiowy - weźmy takie "Mr Mee Too". Od wzmianki o minimalizmie przeskoczę do punktu drugiego to znaczy oryginalności i innowacyjności muzyki, która ociera się o awangardę. Podkłady zbudowane ni to na typowych hip-hopowych schematach noszą jednocześnie cechy warpowskich eksperymentów i muzyki współczesnej. No i ekscytuje się bardzo, bo taki Antipop Consortium zbyt często zapętlał się w ciężkostrawnych dźwiękach o małym czysto muzycznym potencjale. Clipse za to rozwija te poszukiwania i to na gruncie jak najbardziej odpowiednim, bo kładąc też nacisk na komunikatywność. No i jest luz, cacy i gites.

Po trzecie: Malice i Pusha T zachowują autentyczność - ciągle mówię o sferze muzyki. Nie jest to proste, kiedy chwyta się już ten "popularny" i "awangardowy" składnik. Wrażenie spontanu odnosi się dzięki słyszalnym inspiracjom ze strony muzyki tanecznej (posłuchajmy acidowej perkusji we wspomnianym wcześniej kawałku), a przede wszystkim dźwiękom z gett zamieszkanych przez ludność karaibskiego pochodzenia. Akurat niewiele jest tu jamajskiego reggae i dubu, ale dźwięki stalowej perkusji i akordeonu czy hiszpańskojęzycznego rapowania z karaibskim akcentem pozwalają przypuszczać, że twórcy płyty mieli wiele wspólnego z emigrantami z Dominikany, Haiti czy Trynidadu. No i nie brzmi to jak jakiś etnomuzykologiczny esej czy fieldrecord, a raczej wyciąga z tych dźwięków nieznane wcześniej brzmienie i poza hipnotyczna atmosferą daje wrażenie dynamizmu.

Do autentyczności dopisuje się czwarty wielki plus wydawnictwa, czyli warstwa wokalno-tekstowa. Ponoć Clipse wpisuje się tradycje gangsta-rapu, co potwierdzają teksty o "A life in the fast lane / Like german engineerum", kobietach, które lecą na "Dirty Money" ("You don't have to love me / Just be convincing") czy fragment, który może być świetnym mottem do porcysowego forum ("The spirit of competition / One verse could start Jihad"). Poza imponującymi umiejętnościami retorycznymi raperzy dowodzą także swojej inteligencji, skupiając się nie tylko na bezpośredniej obserwacji. Wyciągając wnioski, czy doszukują się przyczyn pewnych zjawisk, co wśród hip-hopowców działających często na zasadzie młotka pneumatycznego jest szczególna zasługą. Jak Malice deklaruje "I'm no longer local, my thoughts are global / That's why I seen distance, son expand ya vision" i nie mamy tu do czynienia z dzielnicowym kaznodzieją, któremu wydaje się, że za pomocą kija bejsbolowego rozwiąże problemy świata, ale z dwoma świadomymi ontologicznie i społecznie kolesiami.

Myślę, że nie muszę rozwodzić się nad zaletami wydawnictwa, bo każdy może odkryć jego liczne niuanse i delektować się szczegółami we własnym zakresie. Tymczasem włączam po raz kolejny i z Clipse widzimy się za parę dni w podsumowaniach. Tylko weźcie swoje Smith&Westony, bo to niebezpieczni kolesie.

Piotr Cichocki    
13 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy