RECENZJE

Clinic
Walking With Thee

2002, Domino 6.6

Pamiętam moment, kiedy zaledwie parę miesięcy po wydaniu, miałem okazję usłyszeć kilka fragmentów z debiutanckiej płyty słabo wówczas znanego angielskiego zespołu. Prosto w twarz powiało mi energią, świeżością oraz radosną, młodzieńczą spontanicznością. Clinic tłumaczyło punkowo-nowofalową tradycję na własny język dźwięków, a słuchanie ich miłego gaworzenia rodziło orzeźwiające odprężenie. Nie wspominając już o tym, że głos Ade'a Blackburna również do nieciekawych nie należy.

Walking With Thee okazało się słabsze od Internal Wrangler pod wieloma względami. Po kilkunastu zaledwie miesiącach pojawiły się kalkulacje, zniknęła nastoletnia ożywczość, zastąpiona przez posmak chirurgicznego wyrachowania. Odnoszę wrażenie, że ci równi goście nie chcieli być już tacy równi i zatopili się troszkę w poszukiwaniu albo raczej dalszym kreowaniu własnego, rozpoznawalnego stylu. Godna pochwały inicjatywa niestety przyniosła efekt odwrotny od zamierzonego, odbierając muzyce emocji i wigoru, w efekcie "uzwyklając" całe przedsięwzięcie zwane po polsku Kliniką. Nie dajmy się zwieść znakomitemu rozpoczęciu. Jednostajne uderzenia pianina, hipnotyczny bas, intrygujący, na długo zapadający w pamięć motyw harmonijki, jak przystało na tytuł – fajne harmonie. Patrząc chłodno z dystansem jest to być może jedna z najlepszych piosenek Clinic. Po takim openerze mamy prawo spodziewać się albumu na miarę Internal Wrangler, co więcej, całkowicie różnego od dwuznacznie garażowego nawalania znanego z debiutu.

Zapały nieco studzi kolejne nagranie na Walking With Thee, rozwiewając nadzieje na odejście od klimatów pierwszego krążka. Co prawda "The Equaliser", podobnie jak "Harmony", zbudowany jest wokół nerwowego, jednostajnego motywu, jednak w warstwie rytmicznej nie brzmi to już jak żywa, pulsująca elektronika, lecz zwykły/niezwykły punk. Wraz z kolejnymi kawałkami początkowy entuzjazm spada do poziomu całkowitej obojętności. Jest bardzo poprawnie, zdecydowanie za bardzo. Nie można się przyczepić właściwie do niczego i właśnie do tego można się przyczepić. Ich formalna bezbłędność jest tak lodowata, że aż mrozi. To boli, uhh. Pomysł aranżacyjno-produkcyjny mający być receptą na oryginalność polega na zniekształconym i odrealnionym brzmieniu partii kilku instrumentów nie kojarzonych powszechnie z nowoczesnością. Patent nie zrobił na mnie wrażenia głównie ze względu na niedoskonałość kompozycji i onanistyczne zadowolenie z pojedynczego, banalnego motywu.

W skali universum jest jednak bardzo dobrze. "Mr. Moonlight" i "For The Wars" to całkiem sympatyczne ballady, przypominające najspokojniejsze fragmenty Internal Wrangler, nie dorastające wprawdzie do pięt takim wymiataczom jak "Distortions" czy "Goodnight Georgie". W przypadku "Pana Księżyca" znowu najbardziej wartościowym składnikiem kompozycji jest niezwykle charakterystyczna harmonijka, pojawiająca się zresztą w niemal każdym utworze na Walking With Thee, stanowiąca praktycznie znak rozpoznawczy owej płyty. Zaraz po "Mr. Moonlight" mamy "Come Into Our Room", mniej interesującego bliźniaka "Harmony" – ten sam bit, podobny sound elektrycznego pianinka i identyczny wokal, problem całej płyty zresztą. Fajnie za to wypada "The Vulture" – z podkładzikiem jak z jakiegoś nu-jazzu spod znaku Ninja Tune wprowadza nutkę urozmaicenia wśród monotonnych trzydziestu ośmiu minut.

Internal Wrangler trwało zaledwie pół godziny, a pomieściło kilka piosenek więcej niż jego następca! Do dupy z takim następcą!

Michał Zagroba    
19 kwietnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie