RECENZJE

Clientele
The Violet Hour

2003, Merge 7.4

Kiedy dogasa już szarawa, zgęstniała mrokiem tafla nieba, spływając w klarowną, majestatyczną noc wybrzmiewającą tysiącem gwiezdnych iskier, kiedy wszyscy już śpią, a cisza stoi nieruchomo – oto jest pora aby włączyć Clientele. Dyskretne, synkopowane odstuki zestawu perkusyjnego szeleszczą jak kruche gałązki powodowane wiatrem. Elegancki, nieznacznie zachwiany bas unosi się w powietrzu jak drobne listki wędrujące zgodnie z podmuchami. Niedbały, perłowy reverb rozprzestrzenia nuty niczym błysk świateł przemierzających sfery ciemności. To wszystko wygląda łudząco kameralnie, kieby wygłuszone jazzowe trio z kontrabasem, pianinem i miękkimi, szurającymi pędzelkami. Wciąż, muzyka jest gitarowa, ekspresja dziewicza, a górę nad wyrachowaniem bierze młodzieńczy, rześki feel. Atmosfera zamglonego, rozmytego ujęcia stanowi właśnie paradoks niedojrzałego stoicyzmu, tudzież dorosłej emocjonalności. I głos.

Alasdair MacLean (skąd ta zbieżność nazwisk z niezrównanym mistrzem sensacyjnej powieści?) nie dysponuje wyjątkowym timbre. Tajemnicą magii jego wokalu jest artykulacja. MacLean szemrze, szepcze, głaszcze słowa, śpiewając na pół lub nawet ćwierć gardła i oszczędzając struny do punktu ledwo-wymowności. Efekt sennego rozleniwienia implikuje psychodelię lat sześćdziesiątych, coś w rodzaju hipnotycznych ballad Byrds. Spokój i pewna natchniona maniera pozwalają temu relatywnie chłopięco prezentującemu się we wkładce człowiekowi nabrać swoistej mądrości. Być może dlatego łatwiej uwierzyć gdy intonuje tak niedorzeczne w empirycznym sensie zdania, jak "Yes, the world is porcelain". To odrealnienie wyśmienicie komponuje się z tematyką tekstów. MacLean kreśli rozmarzone wizje miłosne, bujając w obłokach i majacząc. Niedawnymi czasy dość regularnie wskrzeszaliśmy topos uczuciowej niepewności, co przypuszczalnie wiąże się z taką, a nie inną liczbą lat na karkach. MacLean eksploatuje go w całej okazałości, co sprzyja oddawaniu się podobnym medytacjom, w stylu obcykanych rozważań: czy to miłość, czy to w ogóle nic nie jest? I po takiej sesyjce z Clientele przychodzi odpowiedź: zauroczenie.

Co mnie najbardziej tu zauroczyło, urzekło, to progresje akordowe: niejasne, chwiejne, a niekiedy pięknie zaskakujące. Skoro MacLean nie prowadzi melodii w żaden oczywisty sposób, a podkład raczej jemu służy, niż sam coś próbuje zwalczyć, decydującą rolę odgrywają ledwo dostrzegalne, i stąd tak czułe drgnięcia chwytów. "Porcelain" otwiera zawinięcie i ponowne rozwinięcie harmonii. Mostek gra na przetrzymanie, by z powrotem powrócić do porządku i zamknąć okrąg przecudnym wyznaniem cytowanym wyżej. Spore znaczenie dla "ducha" Clientele mają specjalne tricki uzyskiwane tradycyjnymi metodami. Smutne uderzenia w fortepian sugerowałyby zimno, lecz generalnie dominujący szum analogowej taśmy uzupełnia temperaturę i otula w ciepły koc. Albo cztery uderzenia dzwonów kościelnych poprzedzające nabicie werbla do ślicznego "When You And I Were Young". Zachwyca równy krój, dopracowanie każdego szwu w tych zwięzłych, onirycznych miniaturach. I współgranie warstw lirycznych. Jak w zamykającym całość "Policeman Getting Lost", ze słowami "The darkness' coming quickly / At this time of the year", puentującymi wszechobecny nastrój surrealnej melancholii. Wybacz mi...

The Violet Hour jest dla londyńskiego tria pierwszym albumem z prawdziwego zdarzenia i jak notują obserwatorzy, niewiele różni się on od dotychczasowych wydawnictw w rodzaju długogrającej kompilacji Suburban Light z 2000, zbierającej rozmaite single i rarytasowe nagrania grupy. Jako pierwotne odniesienie nadal funkcjonuje Galaxie 500: wieczorna usypiająca podróż w stronę nieświadomości. Tu i ówdzie ujawniają się ślady rozmaitych artystów. Krótki instrumental "Jamaican Rum Rhumba" w oczach konstytuuje Nicka Drake'a. Wielogłosowe nakładki na tle akustycznych pasaży wiodą w stronę duetu Simon And Garfunkel. Na przemian nerwowa i kojąca "Lamplight" przypomina wahania napięć Love. Przester przed finałem "The House Always Wins" operuje środkami Jesus And Mary Chain. Tajemniczo rozkiwana, echująca pieśń "House On Fire" ma w sobie elementy wczesnego, psychodelicznego Verve, jak z "A Man Called Sun". Spokój folkowej nostalgii "Everybody's Gone" może zahaczyć o firmowe Belle And Sebastian, a odtworzona od tyłu narkotyczna solówka gitary z tego utworu wprost przyznaje się do złotych lat starej psychodelii. Ci zarzucający powtarzalność w obrębie materiału mają absolutną słuszność. MacLean, Churchbell i Keen prawdopodobnie nie przejmują się tą mniemaną stagnacją, dążąc do perfekcji w raz wybranym soundzie. Kto wie, czy The Violet Hour nie zasłuży kiedyś na to miano.

Borys Dejnarowicz    
17 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy