RECENZJE

Clientele
Strange Geometry

2005, Merge 7.4

W mojej recce oficjalnego długogrającego debiutu Clientele sprzed dwóch lat starałem się dość wyczerpująco i precyzyjnie scharakteryzować zjawisko tego zespołu, więc teraz mam komfort, że mogę sobie swobodnie pozwolić na shorta, choć w żadnej mierze nie świadczy to o jakości ich nowego albumu. Wręcz przeciwnie, trzyosobowy skład ze stolicy Anglii zrobił coś, co każe mi przybrać zdziwiony grymas twarzy, podrapać się po głowie i spytać samego siebie: "jak to możliwe, skoro nic się nie zmieniło?". Przecież każdy pierwiastek Suburban Light i Violet Hour jest tu widoczny: zwiewny, jedyny-w-swoim-rodzaju wokal MacLeana na reverbie a la 60s, niestrudzone arpeggia (one napędzają rytmicznie każdy numer!) gitary, zrelaksowane niby, niedzielne tempo utworów. I nie ma ustępstw od tego markowego schematu. Zatem balladowe smęcenie w całej rozciągłości, zero postępu i monotonia – kto by tego przecież słuchał, nie? Hm. To może zobaczmy kogo w tej właśnie kategorii Clientele przegonili w kończącym się roku: Andrew Bird, Antony & The Johnsons, Arab Strap, Bonnie Billy, Castanets, Crooked Fingers, Damon & Naomi, Decemberists, Dios (Malos), Doves, Elbow... Potrafię tak dalej. A wymieniam tylko tych bardziej znanych, hajpowanych tu i ówdzie wykonawców, w przedziale pierwszych pięciu liter alfabetu.

Najwyraźniej Alasdair i para jego towarzyszy posiedli tajemną receptę na sprowadzenie uprawianego poletka do estetycznego wywaru. Zauroczeni fani nazwaliby to pewnie "magią". Trudno określić dlaczego Clientele zasługują na laury, ale strzelałbym tak: w porównaniu do (relatywnie) podobnych sobie, tworzą rzecz godną oficjalnego miana "sztuki" – wyrafinowaną, skierowaną do wymagającego, uważnego odbiorcy. I nie chodzi mi tu wcale o ukryte gdzieniegdzie smaczki z minionych epok, które wspominałem już przy Violet (check mini-solóweczka w środku "E.M.P.T.Y."), ani o garść produkcyjnych drobiazgów dla wyczulonego ucha (dalekie chóry w intro do "E.M.P.T.Y.", smyczki w "Impossible" i "When I Came Home From The Party", monolog na tle podkladu ilustracyjnego "Losing Haringey" czy manipulacja prędkością taśmy – efekt "pływania dźwięku" – w "My Own Face Inside The Trees"). Idzie o subtelność wyrazu, zbliżającą się do plastyki albo literatury raczej, niż pop/rocka (staranność obserwacji w poemato-tekstach lidera to majstersztyk). O niespotykany i ciężko opisywalny, "senny-na-jawie" nastrój tych pieśni (nie dziwne, że okładka to dzieło belgijskiego surrealisty). Wreszcie o nielogiczną, impresyjną narrację w ich obrębie (dowolny motyw/wers pojawia się dowolnie, a nic nie traci na elegancji), pogłębiającą jeszcze wrażenie "błądzenia w chmurach".

Przed premierą Strange Geometry zmontowałem sobie na własny użytek teorię, że oba dotychczasowe kompakty Clientele – składak singli Suburban Light i ciągle przywoływany poprzednik Violet Hour – są osiągnięciami tej samej miary, przeznaczonymi wszakże na inne pory. Suburban to leniwe popołudnie w cieniu, a Violet smutna noc, i razem dopełniają się jak chiński znak równowagi. Obecnie, gdy teoria upadła, nie mam już żadnych teorii na temat muzyki Clientele; wiem natomiast, iż ze sporym prawdopodobieństwem można ich nazwać najrówniejszym aktualnie brytyjskim zespołem, bo za parę lat Strange Geometry zapamiętamy jako następny, do kolekcji, rozdział spójnego i zacnego dzieła.

Borys Dejnarowicz    
12 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie