RECENZJE

Clientele
Music For The Age Of Miracles

2017, Merge 7.0

Darujcie kliszę, ale chciałbym rozpocząć od motywu podróży do miejsca. Pozwólmy sobie na romantyzm - niech miejsce to stanie się sceną dawnego pocałunku, którego fantom, niedotknięty upływem czasu, unosi się w przestrzeni, opowiadając swoją niezmywalną obecnością o przeżytych tu uczuciach. Niedostrzegalne (choć czasem, z niewiadomych przyczyn, manifestujące się w widzialnej postaci), odczuwane tak, jak odczuwa się przelot motyla nad czubkiem głowy, widmo spotkania dwojga ludzi, których obecne życie toczy się gdzieś poza wzajemnym polem widzenia, w innych wymiarach tego samego świata.

Pozostała po nich przestrzeń. Czasami przestrzeń przez długie lata nie podlega znaczącym przeobrażeniom - niszczejące pensjonaty wczasowe, zaniedbana zieleń parkowa, opuszczone ruiny współczesnego świata. Ludzie kochają takie zabytki, rzadko nazywane zabytkami, pielgrzymują ku nim, przyciągani aurą tajemniczości, chętni na spotkanie z nieodległą, lecz już całkiem zamkniętą przeszłością, której ostatnie namacalne kształty murszeją z każdym kolejnym latem. W zadumie kontemplują, jak na ich oczach transit gloria mundi. Jest jednak coś jeszcze, rzecz raczej dla wrażliwców - rozgrywające się w poszumie wiatru między drzewami i tańcu świetlików sceny z czasów, gdy miejsca te wypełniały zapachy perfum, szepty i niepewności.

Nieprzypadkowo piszę o tym wszystkim przy okazji tegorocznej płyty The Clientele, zespołu, który ostatni pełnowymiarowy album nagrał jeszcze w poprzedniej dekadzie, a w 2011 roku zawiesił działalność. Jeśli przyjrzeć się dyskografii grupy Alasdaira MacLeana, od pięknie wykaligrafowanych, zamglonych okruszków z początku twórczości, po pełne gracji, bogato zaaranżowane wydawnictwa God Save the Clientele i Bonfires on the Heath, wyłoni się obraz jednego z najbardziej charakterystycznych zespołów, grających w naszych czasach. Nie mam intencji, by pisać o przełomowych odkryciach, choć chciałbym, aby za jakiś czas historycy przyznali im należne miejsce w panteonie najważniejszych artystów początku obecnego stulecia. Wyjątkowość The Clientele opierała się zawsze na rozpoznawalnym od pierwszych taktów songwritingu MacLeana, elegancko łączącego barokowy liryzm brytyjskiej psychodelii z ospałą narracją indie romantyków spod znaku Galaxie 500, pedantyzmie aranżacyjnym, skłaniającym do niespiesznego rozsmakowywania się w nakładających się na siebie partiach instrumentów i, na poziomie czysto sensualnym, jedynej w swoim rodzaju umiejętności obdarzenia słuchacza uczuciem wszechogarniającego, czułego ciepła. Być może ta ostatnia cecha decyduje o tym, że odważę się napisać, iż w latach 2000-2010 nikt nie grał tak pięknie, i niech będzie to moja osobista definicja piękna.

Jednocześnie The Clientele byli przez cały ten czas zespołem trochę oderwanym od współczesności. Mam wrażenie, że niezależnie od czasów, w których przyszło by im grać, MacLean zawsze przypominałby okularnika w przetartej marynarce, który siedzi w rogu galerii, pilnuje ekspozycji i rysuje coś w notatniku. Pana z muzeum, spoglądającego z nostalgią w przeszłość, sięgającą czasów, gdy muzyka nie była jeszcze rejestrowana na nośnikach, nie istniała fotografia, a mistrzowie malarstwa godzinami wpatrywali się w zachody Słońca. Tak właśnie odczytuję dyskografię The Clientele. Taka jest również tegoroczna płyta.

"The Neighbour" otwiera przed nami drzwi do świata, w którym wszystko znajduje się na swoim miejscu, przedmioty leżą tam, gdzie je zostawiliśmy, ale pieczołowicie wytarto kurze, stare meble lśnią w promieniach późnego lata. Delikatne dźwięki nylonowych strun prowadzą ku zachwycającemu refrenowi, takiemu, o jakim fani mogli marzyć. Głos MacLeana pobrzmiewa mądrością uczonego opowiadającego baśnie, jego lekko flegmatyczny śpiew unosi się nad utkanym z pajęczynek i babiego lata krajobrazem, mieniącym się bogatą, instrumentalną ornamentyką. W kolejnych piosenkach pojawiają się między innymi santur, saz (Anthony Harmer), harfa (Mary Lattimore), skrzypce, trąbka, rożek francuski. Delikatną konstrukcję utrzymuje z właściwym sobie wdziękiem sekcja rytmiczna Keen-Hornsey. Mark Keen jest również autorem trzech urokliwych instrumentalnych miniatur, pomostów zarzuconych między piosenkami. A jakie są to piosenki! Balansująca pomiędzy światłem i cieniem "Lunar Days", nad której zwiewnością unosi się wyrażony w refrenie lęk przed nadejściem potwora, dostojna "Falling Asleep", przejmująca dysonansem między ponurym tekstem i niemalże radosną kompozycją "Everyone You Meet" - właściwie każdy z tych małych skarbów zasługuje na szczególną uwagę. Serce albumu stanowi najdłuższy w zestawie "Everything You See Tonight Is Different From Itself". Wyłania się arpeggiami harfy z cyfrowo-taśmowego rytmu, rozwijając dumnie w jedną z najwspanialszych kompozycji zespołu, z głęboko zapadającym w pamięć refrenem. Wraz z upływem czasu aura zagęszcza się, tony ciemnieją, aż w "Museum of Fog", MacLean, podobnie jak w "Losing Haringey", zamiast śpiewać, recytuje historię, zatapiając swój głos w instrumentalnym przepychu (istnieje również druga wersja tego utworu - "All Alone", z innym tekstem, śpiewanym przez Lupe Núñez-Fernández, partnerkę MacLeana z projektu Amor de Dias - i jest to wersja dużo bardziej przekonująca). Z odrętwienia wyprowadza ostatnia, przejrzysta kompozycja tytułowa, z klasycznie rozwiązaną progresją akordów w durowej kodzie.

Słuchanie Music for the Age of Miracles przynosi ten rodzaj wzruszenia, który odczuwa się przy przeglądaniu pudełek ze szkolnymi zeszytami, czytaniu starych listów. Jest to spotkanie z dawno nie widzianymi przyjaciółmi, gdy tematy nie chcą się wyczerpać. Podróż do miejsc, które do dziś noszą niewidzialne ślady naszej obecności, milcząco przypominając o tym, co ledwie na pozór zostało zamknięte. Jakby wspomnienie przewijane w pamięci, nasycone kolorami i zapachami, nagle zmaterializowało się, wyrosło przed smętnym przechodniem na ulicy i porwało go na spacer zamglonymi, pożółkłymi opadającym listowiem alejkami. Wyczekiwane z niepokojem, piękne jak zawsze, obecne tu i teraz, w tym życiu, w tamtym sprzed lat i w każdym z przyszłych, szczególnie późnym latem i jesienią.

Jest to, proszę Państwa, najprawdziwsza, czarująca duchologia.

Piotr Gołąb    
20 listopada 2017
BIEŻĄCE
Moses SumneyAromanticism
BjörkUtopia