RECENZJE

Clearlake
Cedars

2003, Domino 8.4

Jednym z najcięższych grzechów dzisiejszych pochłaniaczy muzyki jest nagminne lekceważenie funkcjonującego obok niej słowa. Popatrzmy zresztą na siebie – o czym jest utwór, którego teraz słuchasz, ha? Gdyby nie fakt, iż z moich głośników wydobywa się akurat instrumentalny w większości Prefuse 73, oblanie tego testu i przeze mnie byłoby wysoce prawdopodobne. Głupia sprawa: wypinanie się na teksty to nic innego, jak zamazywanie sobie obrazu albumu, niekiedy porównywalne do rysy na przedniej szybie samochodu, czasem jednak będące nałożonym na głowę szkolnym kubłem na śmieci.

Chodziłem z czymś takim przez kilka dni, odkąd zetknąłem się z drugim albumem Clearlake. Na pytania kolegów "i jak tam Cedars?" odpowiadałem trywialnie: "świetne!". Co ciekawe, płyta podobała mi się bardzo, pomimo iż nie znałem jej w ogóle. Tak naprawdę tych kilku spotkań z nią nie było, z dzisiejszej perspektywy trudno nadać im miano pół-przesłuchań czy też nawet ćwierć-przesłuchań. W końcu luzacko dobywając średnio intensywnie pachnącej książeczki nie przewidziałem ciosu, który po chwili sprowadził mnie do parteru. Podczas kolejnych pięćdziesięciu jeden minut zaznałem uczucia człowieka chorego na deuteranopię (odmiana daltonizmu polegająca na nierozpoznawaniu barwy zielonej), który będąc pewnego majowego popołudnia w lesie cudownie wyzdrowiał. Dotąd niezrozumiały język liści, jakby nieadekwatny zapach traw, odszedł w niepamięć; grecki ład i harmonia przyrody przytłaczając stały się faktem.

Co zaskakujące, tego iście metafizycznego wywaru nalali nam nie Jankesi, a Brytyjczycy. Po fatalnie przyjętym debiucie Lido z 2001, Clearlake niedbałym strzepnięciem palców o mały włos zrzuciliby z desek wyspiarskiej sceny wszystkich aspirantów do angielskiej płyty roku. Z dóbr, które jednym wystarczają by ledwo-ledwo poradzić sobie ze stołówkowym rosołem, kolesie wyczarowali zupę z jesiotra lub z krewetek, co kto woli. Żonglując emocjami doprowadzili do precedensu; Cedars z każdym kontaktem sprawia wrażenie dzieła lepszego i pełniejszego. I choć z góry wiadomo, że pewnych granic (ale za to jakich!) nie jest w stanie przemierzyć, należy się pokłonić i istnienie albumu skwitować katowaniem go na okrągło, przy każdej dogodnej okazji.

Od pierwszych drgań membran głośników openera "Almost The Same" rzuca się w oczy rzadko spotykana rozległość przestrzeni, w której to rozgrywa się akcja utworów Clearlake. Wyśmienita produkcja (to po części dzieło Simona Raymonde, współtwórcy fenomenu Cocteau Twins) spłodziła jedną z najgłębszych dźwiękowo pozycji tego roku. Struktura na strukturze, strukturą przedzielona: gdyby rozłożyć każdy utwór na pojedyncze ścieżki, Cedars trwałoby co najmniej trzy czwarte doby. Efekt przedstawia się tak, iż non stop stajemy naprzeciw nowych walorów albumu, przedtem nam nieznanych. Jest to wszak wspólna cecha największych płyt tego świata – każde spotkanie z The Queen Is Dead również kończy się odkryciem czegoś nowego. Skala zjawiska jest oczywiście absolutnie (powtarzam: absolutnie!) nieporównywalna, sam jednak jego zarys i owszem.

Przyczyną doznania przeze mnie książkowego przypadku szoku okazały się, jak pisałem na początku, teksty. Narracja Jasona Pegga nasuwa skojarzenia z Morriseyem nie tylko ze względu na techniczną tożsamość stylu obu panów, ale i dzięki swej jakości. Przeskakując wzrokiem po literach wkładki zostałem wtajemniczony we właściwy sposób postrzegania Cedars. To coś więcej niż piekielnie przekonujący przekaz; tu mamy do czynienia z odejściem od reguły, iż to muzyka określa słowa, kierując ich znaczeniem, wymową. U Clearlake jest dokładnie na odwrót. Rzucanie wam poetyckich linijek przed nos mija się z celem; jak śmiałbym odseparować je od przetaczającego się złowrogo niczym huragan "Isabel" geniuszu "Come Into The Darkness"? W jaki sposób odłączyć wszelakie buchające destrukcją gitarowe wynaturzenia od tnących najcieńszy włos na czworo liryk "It's All Too Much"?

Jednym z takich wymiataczy jest "The Mind Is Evil", niby poważna, a w rzeczywistości żartobliwa opowiastka, której przedmiotem jest bezpodstawne ufanie nie sercu, a umysłowi. Dostojne smyki drwią sobie z wszelkich dramatycznych rozpraw na ten temat, tekst dorównuje efektowności poezji nikogo innego a naszej Wisławy Szymborskiej. Niech wam będzie, porównanie dużego kalibru, rzeczywiście wymaga potwierdzenia. Ostrzegam, iż dysponując zaledwie monitorem i będąc pozbawionym podkładu do tych wersów, nie można zaznać ni połowy procenta piękna, ale wielkiej zręczności Pegga nie da się nie zauważyć. Ochraniacze wyjęte z szuflady? Jedziemy. "And sometimes I think / If I killed off my mind / Then my heart and I would be free / But somehow it knows what I'm thinking about / And it's always one step ahead of me". Drugi stunner, którego zamierzam zbezcześcić, nosi tytuł "Treat Yourself With Kindness". Młodziaki wyjęli ze swojej spiżarki wszystko, co było pod ręką, wynaleźli gitarowy motyw naśladujący skrobanie paznokciami po szkle i oparli na nim zwrotki. W refrenie z kolei otrzymujemy epickie podsumowanie tej płyty, jej niespełna sześciominutowe streszczenie. Nie używamy smileyów, więc musicie sobie wyobrazić zakończenie tego akapitu: dwukropek, po nim myślnik i na końcu wielkie "O".

Do wyjątków zaliczyć można chwile, gdy składane przez Pegga zdania mają odwagę nie wyróżniać się trafnością. Wtedy jeszcze intensywniej za swoje cztery litery bierze się cały czteroosobowy zespół, z powodzeniem utrzymując niespotykanie równy poziom płyty. Przykładem może być hardy monolog wiosła w "Just Off The Coast". Clearlake świadomi jego siły nie wahali się długo i zamiast klasycznego podziału na plan pierwszy (tradycyjnie zarezerwowany dla wokalu) i drugi, stworzyli między nimi kolejny przedział, wyłączny dla owej partii gitary. To Doves mają się pysznie za czołowych producentów globu, mogących kpić z innych. Tymczasem Cedars pod każdym względem przewyższa Lost Souls, zresztą dla jego autorów studyjne sztuczki to najwyżej środek do celu, ułatwienie osiągnięcia zamierzenia. I kto tu kogo ośmiesza?

By dojść do podobnych wniosków nie jest koniecznym rozkładanie płyty na czynniki pierwsze. Jest ona tak przekonująca, iż trudno nie dać się ponieść. Pomimo oczywistych wpływów z zewnątrz, pomimo nachalnych niekiedy repetycji (jeśli drażni was wyborny skądinąd This Is My Truth Tell Me Yours Manic Street Preachers, radzę uzbroić się w cierpliwość) Clearlake kroczą pewnie, z gracją i wdziękiem. Ich cholernie brytyjski album jakimś cudem wystrzega się wszelakich post-brit-popowych pułapek, unika smęcenia i nieszczerości. Chłopaki podążają własnymi drogami i mają ku temu zdolności. Wykucie z dobrego pomysłu piosenki-dzieła jest dla nich procesem naturalnym; o takich banałach jak budowanie napięcia (zarówno pojedynczych utworów jak i całego krążka) nie śmiem wspominać. Na Cedars nie ma fragmentu słabego, żaden nie jest też "dobry" – to zbiór jedenastu fantastycznych kawałków. Nie jest zatem minięciem się z prawdą obiegowe stwierdzenie jego głębi oraz dosłownej i przenośnej wielowarstwowości.

Jędrzej Michalak    
19 września 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja