RECENZJE

Clark
Death Peak

2017, Warp 6.4

Z perspektywy kilku pierwszych minut, Death Peak może zdawać się tylko chaotyczną zbitką dźwięków szarżujących we wszystkie strony bez konkretnego ładu i składu, ale to tylko złudne pozory, biorąc pod uwagę, że im dalej wchodzimy w ten elektroniczny las tym wszystko (w szczególności pod koniec) nabiera znamion coraz bardziej skoncentrowanej, stałej oraz, co najważniejsze, klasycznej struktury. Pod płaszczykiem losowości i zaburzeń ciągów przyczynowo-skutkowych Clark przemyca prostą muzyczną historię, czyniąc to za pomocą palety wyszukanych formalnych środków, które pod wpływem odpowiedniej analizy rozpadają się na części pierwsze, doprowadzając do zrzucenia całej tej ezoterycznej otoczki skupionej wokół Peaka. Ukazując przed słuchaczem tylko nagą, prozaiczną prawdę kryjącą się za dźwiękowym murem (nie ścianą) stworzonym przez Clarka, aby przypadkiem nikt mu tej jego bezpiecznej przystani wziętej żywcem z kiczowatych reklamówek nie zgrabił, zgwałcił a na końcu podpalił.

Wejdźmy w klucz interpretacyjny, wystarczy jeden zwinny ruch, aby w prosty sposób ukazały się przed nami w swoim surowym, wstydliwym stanie wszystkie te pociągane sznurki, sznureczki, niteczki i koraliki poukrywane ponad efektowną pierwszoplanową sceną. Clark jest szarlatanem, oszustem, fałszerzem a co najgorsze jest paskudnym sentymentalistą budującym swoje dźwiękowe konstrukty z najprostszych, patetycznych wzorców, pełnych rozbudowanych quasi crescend, pozbawionych, w szerszym ujęciu, finezji.

Pomimo startowego brudnego pomyjowego kubła trzeba jednak oddać mu zasłużony honor; choć brak mu odwagi, Clark jest człowiekiem o niezwykle rozbudowanej samoświadomości, szczególnie skupionej wokół swoich braków, niedoskonałości, razem z kilkoma myślami koncentrującymi się na tym, w czym może być zdecydowanie kimś. Jego sekret tkwi w odpowiedniej zabawie mikroskalą, motywowaną przepełniającym go panicznym strachem przed odkryciem jego prawdziwego "Ja", jego własnego, właściwego spiritus movens, skrzętnie ukrywanego pod chitynową skorupą, utrzymywaną w swoim stałym stanie za pomocą drugiego zabiegu, jaki mu najlepiej wychodzi – za pomocą umiejętności dopieszczania drobnych szczegółów, skutecznego stosowania niemal barokowej ornamentyki wieńczącej się przeważnie świetnymi strzałami. Miejscami jednak bardzo sztucznymi, strachliwie tworzonymi udziwnieniami mającymi tworzyć namiastki głębi oraz eksperymentu. Składa się to na gęstą zasłonę dymną, granat hukowy, w postaci drobnych motywów występujących wzdłuż całej płyty. Dlaczego?

Intertekstualnie rzucając sobie cytatami wziętymi z jednych z lepszych linijek redakcyjnej koleżanki o Drake’u (powiedziałbym, że życiówka, ale liczę, na więcej trafionych strzałów): " Szkopuł tkwi w tym, że koleś nie ma problemu z tym, z czym boryka się większość facetów, jakich poznaję: (nie) nazywa po imieniu rzeczy z pozoru oczywiste, ale mimo wszystko takie, które muszą zostać wypowiedziane, bo jednak bez klarownych deklaracji trudno dobrnąć do brzegu, można tylko dryfować w centrum oceanu". Z Clarkiem za kapitańskim sterem można na zawsze pożegnać się ze stałym lądem, jak jakiś Latający Holender wiecznie tkwiąc w oceanicznym limbo.

Stawiam prostą tezę, że te wszystkie działania to tak naprawdę świadoma gra człowieka panicznie bojącego się nadania łatki taniego nadwrażliwca. Zaczyna być to szczególnie widoczne, gdy płyta rezygnuje ze swojego tanecznego niezobowiązującego charakteru, który zgodnie ze swoją konwencją, przepełniony jest acidowymi psychodelicznymi odjazdami, brudem i skrajną powyginaną groteską, dla kontrastu przerywaną zazwyczaj tkwiącymi pod koniec utworów ustawicznymi niebiańskimi miniaturami, w których w pełni ujawnia się techniczna maestria typa. Clark porzucając od połowy rejony znarkotyzowanej atmosfery brudnych klubów Detroit, przechodzi do tego, co wychodzi mu najlepiej, do zakończeń, zwieńczeń, do tych finalnych sznytów ostatnich sekund utworów. Chris doskonale zdaje sobie sprawę, jakimi patentami skończyć tak, aby pod ich wpływem całe dotychczasowe doświadczanie wypadało na ich tle jeszcze bladziej.

Posłużę się tutaj wyraźnym przykładem końcówki kluczowego utworu – od którego zakończenia rozpoczyna się cała druga, zdecydowanie bardziej logicznie skonstruowana część płyty – "Slap Drones", w którym miodność (boże, nienawidzę tego słowa) budowana jest na kontraście brutalnego zmechanizowanego bitu z niezwykle uroczymi, przesadnie szafującymi niemal dziecięcą wrażliwością dźwiękami. Organiczny motyl niestrudzenie płynący poprzez mechaniczne tryby industrialnej fabryki, ruchem swoich skrzydeł wchodzi w harmonie z ogłuszającym rykiem frezów, tłoków, silników i najsłodszej dehumanizacji. I tak w ogóle to wpłynąłem na suchego przestwór oceanu – hasztag womit...

Nom, Clark, ma kontrole i wie co dobre w konwencjonalnym graniu trzecich aktów, w tworzeniu muzycznych nawiasów zamykających w spójną ramę rozlaną treść. Z tego powodu strzela sobie w stopę absurdalnie rozciągając je, tworząc na łamach 43-minutowego albumu, 20-minutową P.O.T.Ę.Ż.N.Ą codę, mogącą bez zgrzytów być zwieńczeniem jakiejś kilkugodzinnej quasi-Wagnerowskiej epopei, wrzucając do niej wszystkie możliwe zagrywki z wielkiej księgi, jak sensownie, logicznie i najbardziej typowo/nudno/kliszowo/najlepiej (już nie wiem czy, to wada, osobiście uwielbiam tandetny patos i przesadny formalizm) prowadzić napięcie, dramatyzm oraz pisać zakończenia. Bo w sumie ciężko to kupić, gdy na scenę wchodzą momenty takie jak te, w których do dramatycznej prostej progresji włączane są niemal prostackie chóry dziecięce.

Ten moment… Kończy się cudowny "Aftermatch" zbudowany przewrotnie na dominującej roli organicznego klawesynu wraz z wybijanym zegarem rytmie. Na pierwszy plan wchodzi ten niekończący się główny motyw, zbudowany na tej prostej progresji. Właśnie TEJ, podkreślę jeszcze raz, TEJ progresji, najbanalniejszej i w sumie najdoskonalszej pod względem funkcjonalności (Sa, Ovala), w której z punktu songwriterskiego nie trzeba robić absolutnie nic, aby skonstruować dramatyzm, wzruszenie, dać się wznieść patetycznej sile muzyki, która może poruszać, ale nie wymaga od swojego twórcy nawet minimalnych nakładów intelektualnych. To składa się na rdzeń "Catastrophe Anthem", mający swoje preludium we wcześniej ujętych "Dronach". Stworzona na nim podniosła, uroczysta atmosfera jakimś cudem ciągnięta jest przez najbliższe dwa molochowe utwory, osiągając kompozycyjny punkt krytyczny, zmuszający interpretatora, pomimo wyrazistego elektronicznego brzmienia, do kreślenia paraleli z nieśmiertelnymi oraz bardzo śmiertelnymi tuzami post-rocka z apokaliptycznym Godspeed You! Black Emperor na czele.

Ostatecznie pomimo tak wyartykułowanych problemów Clark się nie dał, dokonując nie byle jakiej sztuki balansowania na granicy dobrego smaku, pomimo wielu potknięć, obronną ręką wychodząc z tego wszystkiego swoimi iluzjonistycznymi sztuczkami, gdzie nawet przegięty finał w stylu "Book Of Love" Petera Gabriela (SERIO) nie poraża kiczem, ale autentycznie unosi, wznosi w górę, wzmacnia, jakimś cudem wywijając się z groźby zarzygania kafelkowej podłogi przez cukierkową niestrawnością słuchacza. To budująca, pomimo szafowania brudną estetyką, niezwykle ładna płyta, ze swoimi sporymi wadami, które nie są na tyle wielkie, aby wpłynąć skrajnie negatywnie na końcową ocenę.

A tak nawiasem, to co to w ogóle ma być za kryterium, żeby zjechać coś tylko dlatego, że w miarę potrafiło się to w swoim dyskursie zrozumieć, nazwać, a w końcu zdekonstruować oraz zamknąć. Ale, to tak trochę buńczuczna deklaracja, biorąc pod uwagę to, że wciąż znajdzie się tutaj multum elementów, z powodu których, i ich nietypowej struktury, możliwości językowe, słowne granice, kruszą się o te niemal transcendentne fragmenty, ni chuja niemogące być w żaden sposób nazwane.

Michał Kołaczyk    
14 kwietnia 2017
BIEŻĄCE
SZACtrl
Saint EtienneHome Counties