RECENZJE

Clap Your Hands Say Yeah
Some Loud Thunder

2007, Clap Your Hands Say Yeah 5.5

Jeśli zespół rockowy nie jest Jackiem Cyganem, to z reguły tworzy muzykę począwszy od rytmu i melodii. Tak mówią. Później przychodzi wokalista, by wydać z siebie dźwięk. Jednak jak można dowiedzieć się z wywiadów z rozmaitej klasy bandami i bandziorami noworockowymi, proces twórczy odbywa się w sposób demokratyczny, w atmosferze radości i wzajemnego zrozumienia. Nie wiem, który ze sposobów obrali CYHSY podczas pracy nad następcą świetnego, moim zdaniem, debiutu, toteż nie jestem w stanie wskazać palcem winnego, odpowiedzialnego za dziadostwo nazwane zupełnie nieadekwatnie Some Loud Thunder.

Nigdzie mnie ta płyta ze sobą nie zabiera. Self-titled prowadził do wyczesanego pokoju w Ustroniu, w którym po raz pierwszy moja luba usłyszała "Lost & Found". Przy Some Loud Thunder zostaję w domu i buduję głupawe połączenia kolejowe w Transport Tycoon. Żałosne – zarówno taki sposób spędzania czasu, jak i miałkość piosenek niczym z ostatnich dzieł Marka Knopflera. Słaba jakość wyolbrzymia niedostrzegalne na poprzedniej płycie wady, wśród których dominuje przeobrażenie postawy Ounswortha. Natchnione mantry, obłędne wokale, szał ciał – nieobecne. Nic nie ma. Ounsworth pracuje na pełen etat, potem wraca do domu, by na plazmie oglądać drugi sezon Prison Break. Nic jednak dziwnego, skoro reszta składu gra poprawne, proste, naiwne piosenki o słodkiej miłości pod rozgwieżdżonym niebem, doprawione nutą tęsknoty za polami kukurydzy. Właśnie, ten południowoamerykański posmak doprowadza mniej wrażliwych młodzieńców do pasji.

Pięknie różnią się tylko dwa momenty – "Satan Said Dance" (nie żebym dzieci lubił, bardziej lubię hałas), przy którym można klapać dłońmi, i "Goodbye To Mother And The Cove", które choć raz poszerza zdecydowanie spektrum pól emocjonalnych grupy i gdzie "yeah" się mimowolnie ciśnie na usta. I to chyba tyle. A nawet na pewno.

Filip Kekusz    
21 marca 2007
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra