RECENZJE

Cinematic Orchestra
Every Day

2002, Ninja Tune 7.0

Jeśli byłaby to dla kogoś pierwsza płyta, jaką dane byłoby mu wysłuchać, nie zdziwiłbym się, gdyby się w niej zakochał. A to dlatego, że na tej płycie można poczuć magię, która daje się zauważyć już po pierwszym z nią kontakcie, która jest tutaj wytłuszczona bogatymi, wytłuszczonymi aranżacjami. Kolejne testy tylko utwierdzają w przekonaniu, że ludziom tworzącym tę płytę przyświecał jasny cel popławienia się trochę w nieśpiesznym, natchnionym jazzie.

Z tym, że Every Day to nie tylko i nie do końca jazz. Muzyka jaką rodzi The Cinematic Orchestra może być określana mianem jazzu filmowego, oczywiście tworzonego do nieistniejących filmów. Trafne wydawałoby się tu przyrównanie do Tortoise i równoległe uknucie terminu post-jazz, co tylko pokazuje, jak idiotycznym i często krzywdzącym posunięciem jest wymyślanie etykietek. Kinematograficzna Orkiestra jest w takim samym stopniu post-jazzem, w jakim Tortoise jest post-rockiem, czyli w prawie żadnym. Styl tej płyty osadzony jest w soulu i delikatnym funky, jak na reprezentantów Ninja Tune przystało, ale muzycy nie cofają się też przed użyciem na przykład bliżej niezidentyfikowanych etnicznych akcentów dających o sobie znać w Every Day.

Świetnym, ale też z deczka kontrowersyjnym posunięciem, okazało się zaproszenie do współpracy wokalistów – wdowy po Lesterze Bowie, Fontelli Bass oraz ubranego w żółtą koszulkę lidera wśród brytyjskich emce, Roots Manuvy. Kontrowersyjnym, ponieważ wydawało się, że na dwóch poprzednich płytach Orkiestra określiła już swój muzyczny rejon i nie było tam mowy o wokalach. Co więcej, wielu pokochało Orkiestrę taką, jaką zdała się określić. Wątpliwości co do tego kroku ostatecznie rozwiewają rzeczeni goście. Kawałki z ich udziałem to dla mnie najlepsze odsłony tego albumu.

W "All That You Give" Fontella czaruje swoją urzekającą soulową barwą, użytą w sposób każący mi pomyśleć, że to jedyny soul, którego dzisiaj mógłbym słuchać bardzo długo, słuszny soul! W gaszącym wszelkie popędy, ambicje i chęci "Burn Out" delikatnie rwie swój głos, wtórując maczowej trąbce. "Evolution" to w połowie niemal-modlitwa, w której "gwiazdy rozjaśniają życie" naszej divie, przechodząca szarpnięciem w troszkę mocniejszą litanię w rytmie funky na cześć ewolucji (?).

Roots Manuva tylko raz daje o sobie znać, ale jego występ czyni "All Things To All Men" moim faworytem. Wypełniona emocjami spowiedź jamajskiego Brytyjczyka z dobrze wyważonym akompaniamentem to szczera perełka. Żeby nie było, że Every Day przejmuje bez granic i ujmuje dogłębnie, bo jak się właśnie zorientowałem na to z recenzji wynika, powiem, że patenty i pewna defensywna postawa szóstki z Ninja nie obronią się przed wszystkimi zarzutami o powierzchowność i przeciąganie struny. To nie jest wybitne dzieło, ale pozwala od czasu do czasu poczuć się baaardzo przyjemnie.

Uczulonych na muzykę zbyt uduchowioną ostrzegam przed możliwością wystąpienia lekkiej wysypki. Lirycznie, refleksyjnie, delikatnie, powoli... Zaczyna swędzieć? Według mnie to jedno z najlepszych w tym roku objawień w kręgu muzyki, przy której człowiek może dać upust swoim dymiącym od zmagania się z tym światem szarym komórkom. Wierzę, że jej prawdziwym przeznaczeniem jest mój automobil w ciepły (a nie to co w ostatnich dniach), letni wieczór podczas wyprawy nad jeziorko.

Krzysztof Zakrocki    
26 czerwca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja