RECENZJE

Cieślak I Księżniczki
Cieślak I Księżniczki

2010, My Shit In Your Coffee 7.4

JM: Przyznam się, że spisywałem Maćka Cieślaka na straty. Ostatnie jego płyty były co najwyżej interesujące, ale raczej się do nich nie wraca. Projekt akustyczno-filmowy wydawał się co prawda logicznym rozwinięciem wątków, które na płytach Ścianki już się pojawiały, ale MySpace'owe sample zapowiadały silne umgiełkowienie owej kreacji. Teraz trochę nie wiem co powiedzieć, bo ów (odwieczny zresztą dla Macieja) nacisk na aurę rzeczywiście jest, już intro zapowiada, że czeka nas nie tyle "przesłuchanie płyty" co "seans". I, cholera, nie można się od niego oderwać. Zbyt wielu wypłakiwało smuty do dziury w akustyku, żeby robienie tego ponownie miało sens - a jednak Cieślak tak jak rozpoczyna album mistrzowskim, październikowym podmuchem, tak utrzymuje przeszywające napięcie do samego końca. Magik. Przypomina to intymne dziełko Ris Paul Rica – choć tam posłużono się także ambientem, który przynosi tajemnice z cmentarza raczej niewielkim wysiłkiem. Cieślak tymczasem nanosił się korzystając z wciąż tej samej konwencji. Podsumowując, to nie o to chodzi, że "ciąglę się coś dzieje", a o to, że nawet jak nie dzieje się nic, to trudno w tym nie uczestniczyć.

JB: Zaskakujące, ale wygląda na to, że w naszym towarzystwie powszechnej adoracji Macieja Cieślaka, wszyscy po cichu knuliśmy i konspirowaliśmy. Też mam swoje na sumieniu, bo Kings Of Caramel jakoś specjalnie mnie nie ruszało a na ubiegłorocznym koncercie Księżniczek raczyłem się nawet zdrzemnąć. Wszystko wskazywało więc na to, że po dekadzie jednomyślnego miziania, głaskania i łechtania, przyjdzie wreszcie czas na szpilę, łyżkę dziegciu i dziurę w całym. Zwłaszcza, że formuła lekko infantylizowanych akustyków trochę się nam wszystkim przejadła i jasne jest, że coraz trudniej obudzić w nas tego fatalnego, młodzieńczego wrażliwca. Zacierając więc ręce i uśmiechając się złowrogo, odpaliłem płytę, by po chwili dać się znokautować. Leżę na podłodze i jestem tym umęczonym nastolatkiem.

Nie wiem jak to się mogło stać. Nie mam pojęcia. Przecież część tych utworów trafiła do nas już wcześniej. Można było śledzić poczynania Cieślaka i Księżniczek i apriorycznie nakreślić wartość albumu. Wreszcie, Elliot Smith, Iron & Wine, Jeff Buckley, Ris Paul Ric, Mark Hollis (jest taki moment w "April / March"), wczesny Badly Drawn Boy, Drake, Ścianka i jej "mgiełki" – my to znamy aż do znudzenia. Takie płyty już dawno przestały przekraczać granicę płyt roku: za mało treści, zaskoczeń, hooków, patentów. Szumią wierzby, niebo płaczę - już was więcej nie zobaczę! Nie, nie – nie z nami te numery. A jednak, leżę gdzieś pod krzesłem kontempluje sufit i nie za bardzo mam się jak podnieść. Obracam się w prawo, patrzę, a tam szpaler redaktorów w swojej horyzontalnej jednomyślności. "Co chłopaki, nowy Cieślak?"

Stosując retoryczny (i dość podły, sorewicz) chwyt tych wszystkich organizacji społecznych, sparafrazuję: kto nie kupi Cieślaka I Księżniczek nie ma prawa narzekać na poziom muzyki w Polsce. Umawiamy się?

RP: Na zewnątrz rzeczywiście wyraźnie i ostro pachnie wrześniem, dojrzałością roku, zwiastującą jego schyłek. Dzieciaki grają w piłkę po raz ostatni w te wakacje, w długich rękawach. Drewniane meble tylko w tych dniach dają się złapać na starzeniu. I w tej właśnie aurze upatrywałbym źródła zawyżonych ocen chłopaków dla Cieślaka i Księżniczek (widzicie tylko nieznany mi jeszcze efekt końcowy, ale Jędrzej i Janek umiejscowili płytę w skali o dobry szczebel wyżej, niż według mnie powinni). Trudno, że muszę wyjść na tego niewrażliwego, niewiernego Andrzeja z jakościowym metronomem w oczach, niech już będzie. Jeśli chce się brać nasze oceny na poważnie, CIEŚLAK I KSIĘŻNICZKI NAGRALI ŚWIETNĄ PŁYTĘ NA 6.8-6.9 W NASZEJ SKALI. No, niech będzie, że przystałbym z ochotą nawet na 7.0, ale to, co się dzieje w ocenach powyżej to duża przesada. Oczywiście nie chodzi o to, że wskażę wam jakieś wyraźne minusy albumu, raczej bym tego nie potrafił, chodzi o samą skalę przedsięwzięcia i efektu, nie taką, jak chłopaki by chcieli. Może gdyby całość brała mnie na poziomie najlepszych fragmentów: "Get on the Plane", świetnego, mojego ulubionego "No Love Anywhere" czy nawet "Thought It Would Come", w którym Cieślak wygrywa naprawdę dziwne rzeczy na gitarze? Może, może wtedy, choć i tak nie wiem, mówię ja – zły glina. Niemniej jednak, oczywiście, posłuchajcie koniecznie, a ja nie będę obniżał oceny zbyt sztucznie, bo jestem może gliną złym, ale jakoś uczciwym.

KM: Cenię sobie ocenową powściągliwość i w innych okolicznościach pewnie przyłączyłbym się do Radkowego głosu rozsądku, ale tym razem nie potrafię. Już na feralnym offowym koncercie (pozdrowienia dla organizatorów) było dla mnie jasne, że Cieślak i Księżniczki przyszykowali coś szczególnego, trafiającego w moje oczekiwania wobec piosenkowo zorientowanej muzyki z precyzją Sylwii Bogackiej, ale po długo odwlekanym, pierwszym odsłuchu albumu miałem łzy w oczach. Tak strzeliło.

Pierwsze oznaki jesieni poczułem tego roku w swoich nozdrzach, zatokach i gardle. Ot, zaziębiłem się. Mężczyzna, gdy chory, potrafi rozczulać się wyłącznie nad sobą, wszystkie zewnętrzne bodźce traktując z obojętnością, irytacją lub pogardliwym cynizmem. Gdyby to była szóstkowa płyta, pewnie przesłuchałbym ją z niechęcią, wystawił 5.9, a w recenzji wyśmiał poetycki nastrój i pomarudził coś o dewaluacji znaczenia herosów polskiego songwritingu. To jednak jest album podósemkowy, którego walory nie tkwią tylko w "aurze", "mgiełkach" i egzystencjalnych tekstach. Opener jeszcze niczego nie zdradza, a pompatyczny początek "Get On The Plane" zwodzi w równym stopniu, co paralele z Kings Of Caramel czy nawet Ścianką. Powalająca moc Cieślaka i Księżniczek według mnie nie opiera się na zwiewnych/ dusznych/ atmosferycznych aranżacjach, melancholijnej melodii wokalu czy liryzmie akustyka. One są tu obecne – oczywiście, to wciąż Cieślak – i nadal robią wrażenie (a Maciej jako wokalista miejscami osiąga wyżyny swojej ekspresji – w tym kontekście niezwykle celne jest przywołanie przez Janka Buckleya Juniora), ale przecież z takim instrumentarium, z takimi kapitalnymi, prześlicznymi instrumentalistkami, złota postać polskiej piosenki może w pełni popisać się swoją niebanalną, rozczulającą wyobraźnią harmoniczną. Robi to znakomicie i właśnie w tym elemencie kompozycji z jego białokoszulowego projektu słyszę największe piękno, zdolne mnie wzruszyć nawet przy paskudnych początkach jesieni za oknem.

Tak, to z pewnością kolejne wydawnictwo, potwierdzające wszechstronność Cieślaka, jego stale wysoką formę songwriterską i godną pozazdroszczenia płodność artystyczną. To z pewnością jeden z najwspanialszych albumów tego roku. Na poważnie.

Krzysztof Michalak     Jan Błaszczak     Jędrzej Michalak     Radek Pulkowski    
31 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra