RECENZJE

Cibelle
The Shine Of Dried Electric Leaves

2006, Crammed Discs 5.8

Mam taką szufladę w pokoju, w której chomikuje wszystko co powinienem wyrzucić, ale w skutek mniej lub bardziej jasnych przesłanek jestem skłonny odroczyć ich egzekucję. I tak swoim martwym żywotem cieszą się nadal przeróżne fotografie (najstarsze datowane na okres późnej podstawówki), kolonijne dyplomy, patent żeglarski użyty tylko raz od momentu kiedy go wyrobiłem, nieszczęsna książeczka wojskowa, stare okulary, magnetyczne kasety do niedziałającego walkmana, najprzeróżniejsze elementy bliżej niezidentyfikowanych domowych sprzętów, monety z nie egzotycznych krajów, baterie (zużyte?), szpargały, bibeloty i inne śmieci, których alibi dawno wyleciało mi z głowy. Mówię o tym dlatego, że okładka płyty Cibelle utrzymana w kolażowej stylistyce przywołuje odrobinę ducha mojej podręcznej przechowalni (no, może z wyjątkiem ponętnej Brazylijki, takich dziwów niestety próżno tam szukać). Ale wspomniana szuflad nie została nobilitowana zaszczytną wzmianką w tej recenzji dla opisu jakiejś tam papierowej wkładki, co to to nie, z resztą co sprytniejsze okazy pewnie się już tego domyśliły.

Brzmienie tej płyty to właśnie taki kontrolowany bałagan osobliwych dźwiękowych drobiazgów, osadów wygrzebanych z wyobraźni ludzi zaplątanych w jej tworzenie, powciskanych między szczeliny kameralnych kompozycji. Cała paleta elektronicznych mlaśnięć i plaśnięć, dyskretnych trzasków zarówno akustycznych jak i numerycznych, cymbałków, zagubionych klawiszy i multum innych zawiniątek wspiera piosenki reprezentujące zarówno delikatne bossy jak i zachodnie okazy ambitniejszego songwriterstwa. To kieszonkowe bogactwo po części tłumaczyć można iście multilateralną grupką producentów i gości wspierających Cibelle, a także kulturalnym pomnożeniem jaźni samej autorki, która przeniosła się z ojczyzny do Londynu. Jakiekolwiek siły stoją za taką organizacją szuflady przyznać trzeba, że przedzieranie się przez ten intymny rozgardiasz dostarcza estetycznych dreszczy, niezależnie od wyników samej eksploracji, a z tymi, nawiasem mówiąc, bywa różnie.

Podobnie jak w mojej szufladzie śmieci wraz kosztownostki wypracowały jedyny sprawiedliwy konsensus czyli podzieliły się miejscem po połowie. Co ciekawe linia podziału nie zawsze przebiega jawnie na zasadzie utwór lepszy – utwór gorszy, czasem interesujący motyw pojawia się ni z tego ni z owego jak żywsza końcówka "City People" albo drobne inkrustacje wokalne na tle klawesynu w björkopodobnym "Lemura". Szczyt jakościowego rozedrgania osiąga "Phoenix" w którym barwniejsze przypływy melodyki przerywają odpływy w rejony muzycznej jałowości. Takim niespodziankom sprzyja swobodniejsze podejście do kompozycji, znamienne szczególnie dla europejskiej części albumu, które nierzadko równoważne jest z zatopieniem smacznego farszu w "nastrojowym" pitoleniu. Cóż ja również posiadam w swoim schowku kartki zapisane danymi przeróżnych mglistych person tylko dla jednego, dwóch interesujących wpisów.

Zdarzają się jednak perełki, oj zdarzają i może poza melancholijnym "Train Stadion" łączą je wspólne poszlaki – są to albo utwory w których Cibelle śpiewa po portugalsku, albo covery. Pierwsze, oprócz uporządkowanej struktury uniemożliwiającej bezproduktywne machloje, zyskują na beztroskim rozpasaniu brazylijskiej maniery wokalnej, której wyborną powierniczką jest Cibelle (przeurocze "Minha Neguinha" albo kameralne "Eplendor"). Druga kategoria, może nie tyle konstruktywnie co pozytywnie, przetrawia pożywną doskonałość pierwowzorów. W "Green Gras" dokonano podmiany pumeksowej szorstkości Waitsa na muślinowy głos Cibelle. "Cajuina" Veloso jest w wykonaniu uroczej Brazylijki trochę bardziej lirycznie przyczajona. Najgorzej wypada "London, London" tegoż samego autora, które to, przy czynnym udziale Devendry Banharta, zostaje sprowadzone zaledwie do melodyjnej pazerności oryginału, eliminując emocjonalną dwuznaczność cechującą utwory Caetano powstałe podczas politycznej banicji.

No mam ci ja tę nieszczęsną szufladę. Czasem jak coś się zawieruszy, w akcie desperacji, odpieczętowuję ten spandoryzowany pojemnik. Przerzucając warstwy materiałów rządzące się autorską geologią przemyślanej akumulacji i zwyczajnego niechlujstwa można czasem natrafić na całkiem interesującą skamielinę. Nie powiem, rzadko jest to akurat to czego szukam, ale przyjemnie czasem odnaleźć jakiś sentymentalny artefakt. Reasumując, szperanie w tej szufladzie owszem, potrafi wynagrodzić włożony w to trud, ale żeby tak jakoś to częściej, czy coś… to raczej by mi się nie chciało.

Paweł Nowotarski    
11 października 2006
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra