RECENZJE

Christina Aguilera
Bionic

2010, RCA 4.7

The Curious Case Of Christina Aguilera. Nie, ale poważnie – zupełnie tego nie rozumiem. Jak to jest, że Aguilera po raz czwarty nie potrafi nagrać płyty na miarę swoich możliwości? Przecież ona w teorii zdaje się mieć wszystko – niesamowity potencjał wokalny (prawdopodobnie najwyższy spośród wszystkich wokalistek ostatniego pokolenia chociaż to kwestia jak najbardziej do dyskusji) poparty do tego otoczeniem najlepszych producentów we współczesnym popie. Jakkolwiek na papierze wygląda to doprawdy znakomicie, tak rzeczywistość po raz kolejny brutalnie weryfikuje mocarstwowe zapędy Christiny.

Debiut Aguilery, wydany w 1999 roku self titled, to jedna z moich ulubionych teen popowych płyt w ogóle, ale musiałbym być głuchy, żeby nie dostrzec przepaści dzielącej poszczególne kawałki na tym krążku. Przede wszystkim Xtina za bardzo ufała rzewnym balladom, nie zdając sobie sprawy, że takimi "What a Girl Wants" i "I Turn To You" właściwie wyczerpała ten temat i na dobrą sprawę w innych kawałkach mogła spokojnie zająć się penetrowaniem innych rejonów. Single z tej płyty broniły się względną przebojowością, jednak po latach dochodzę do konstatacji, że tylko "Come On Over" zestarzało się z godnością, czego z kolei nie mogę powiedzieć o archaicznym "Genie In The Bottle", którym wówczas mocno się podniecałem. Sam album zrobił jednak pewną furorę, ale bardziej bronił się za sprawą wizerunku "dziewczyny z sąsiedztwa", który prezentowała wówczas Christina, niż samymi piosenkami. Niemniej nagle razem z Britney zaczęły być postrzegane jako wschodzące gwiazdy popu, co od razu włożono w jakże sztampowe ramy rywalizacji. Na początku dziewczyny nie różniły się w zasadzie niczym poza urodą – lekka latynoska egzotyczność vs. wdzięk uczennicy – każdy lubi co innego, więc nie wyrokujmy, ja jakoś zawsze bardziej po drodze miałem z Aguilerą. To ona jako pierwsza podjęła poważniejsze ryzyko w tej rywalizacji, bo Stripped było gwałtownym zwrotem – odejściem od wizerunku licealistki-dziewicy w stronę trochę wyuzdanej, pewnej siebie młodej kobiety. Kryśka wówczas dała pierwszy dowód swojej megalomanii – no bo kto w dzisiejszych czasach próbuje nagrać 77 minut materiału na popowej płycie? Oczywiście spośród tych 20 kawałków można wyłowić kilka ewidentnych brylantów, jak na przykład "Walk Away", które chyba najpełniej pokazywało przeolbrzymi potencjał wokalny Xtiny i naprawdę szkoda, że nigdy potem nie dostała więcej takich piosenek. Sama płyta, jakkolwiek wzbudziła spore kontrowersje (głównie za sprawą teledysku do singla "Dirrty"), zawierała materiał zbyt słaby aby w ogóle chcieć do niego wracać.

Cztery lata później przyszło Back To Basics, zdecydowanie najbardziej ambitne przedsięwzięcie w karierze wokalistki, dwupłytowe wydawnictwo, które miało być swego rodzaju hołdem złożonym brzmieniom i estetyce lat trzydziestych i czterdziestych. Współpraca z Premierem zaowocowała kapitalnym "Ain't No Other Man", prawdopodobnie najlepszym singlem w karierze Christiny, ale album znowu był rozwleczony do granic możliwości. Dysproporcja pomiędzy znakomitym dyskiem pierwszym, do którego, poza wyżej wymienionym producentem, swoje dołożyli tacy gracze jak Rich Harrison czy Mark Ronson, a czerstwym drugim krążkiem (za który w całości odpowiadała ta nieszczęsna Linda Perry) do dzisiaj pozostaje niezrozumiałym zjawiskiem z zakresu nauk WTF.

A co dostaliśmy tym razem? Cóż, mimo tego, że doskonale znam wady i zalety Aguilery, to po raz kolejny dałem się nabrać. Trzeba jednak przyznać, że plotki na temat Bionic były co najmniej intrygujące – Xtina rzekomo miała otoczyć się gronem wszechstronnych współpracowników, do których podobno zaliczali się członkowie Le Tigre, Goldfrapp, Ladytron i Neptunes, a nad całością mieli czuwać tacy wymiatacze jak Tricky Stewart i sam Premier, więc siłą rzeczy oczekiwania rosły do niebotycznego wręcz poziomu. Jakoś na pół roku przed premierą albumu zainteresowanie światka muzycznego zyskał projekt Iamwhoami, który sam mylnie uznałem za nowe wcielenie wokalistki wyczuwając w całym przedsięwzięciu duży futuryzm, który w głowie zgadzał mi się w pełni z obrazem przedstawianym przedpremierowo przez współpracowników artystki. Sraty-taty, wishful thinking. Prawdziwym wydaniem Christiny jest niestety to, które otrzymaliśmy na Bionic – i powiedzmy sobie szczerze – nie ma tu mowy o absolutnie żadnym nowatorstwie. Owszem, dobór współpracowników z różnych muzycznych bajek zaowocował pewnym eklektyzmem materiału, tylko co z tego, skore te piosenki najzwyczajniej w świecie są po prostu słabe? Linda Perry dostarcza nam kolejnego smęta w absolutnie niepodrabialnym stylu, który nudzi tak mniej więcej tylko od ośmiu lat. Tą samą drogą podąża znana z podobnych klimatów Sia Furler, współodpowiedzialna za trzy po prostu NUDNE kawałki z "All I Need" na czele. Zresztą wyróżnianie tytułów tych piosenek ma średni sens, bo brzmią one w zasadzie jak jeden niesamowicie nudny środek usypiający, taki w stylu "najprostsza balladka na pianinko" – na dodatek to, że sąsiadują ze sobą na płycie sprawia, że naprawdę zaczynam ziewać chociaż za oknem upał. Na plus wypada zaliczyć bardzo przytomny podkład Stewarta w "Desnudate", który stanowi najmocniejszy punkt albumu, ale i tak czegoś jakby mu chyba brakuje. Z gości – świeżość Minaj raczej na plus, sztampowość Peaches już nie bardzo. Christina Aguilera oprócz jako-takiego eklektyzmu zadbała też o element komizmu, który pojawia się na samym końcu – ciężko powstrzymać śmiech wsłuchując się w tekst "Vanity". Spójrzcie sami : "It’s not my fault I’m the shit / Yeah I am / And I’m a bad ass bitch, hey!" albo : "Ain’t nobody got shit on me / I’m the best for sure (I should be l’amour)". Tu pojawia się kwestia wiarygodności artystycznej – kiedy coś takiego wyrzuca rozkrzyczana gówniara w typie party-girl pokroju Uffie to ja to kupuję w całości, natomiast jeśli takim tekstem zapodaje kobieta, która kwadrans wcześniej śpiewała jaka to jest wrażliwa i niedoskonała to sorry, coś tu nie gra. Niesmak wzbudza też "Glam", którego linia basu została żywcem zerżnięta z "Day Of Mine", ale mimo tego nie sposób w ogóle zestawić te dwa kawałki ze sobą, bo różnica w poziomie jest jednak zatrważająca (nie muszę chyba dodawać na czyją korzyść).

I tak dochodzimy do końca – niestety, po raz czwarty Christinie nie udało się nagrać albumu na miarę swojego ogromnego talentu. Zamiast odważniej korzystać z pomocy ludzi znakomicie znających realia okolic współczesnego popu – Tricky Stewarta, Neptunes czy Richa Harrisona, wokalistka kolejny raz zawisła gdzieś pomiędzy, nie potrafiąc odciąć się od swojego zamiłowania do rzewnych ballad, które znowu przełożyło się na niską jakość materiału na jej najnowszym krążku. Jednak ciągle nie tracę wiary w Aguilerę – nie ma bata, prędzej czy później ktoś "choćby siłą" wciśnie jej do ręki materiał na wysokim poziomie i wreszcie spełni się jedno z moich większych muzycznych marzeń. Naprawdę, trwonienie takiego talentu wokalnego na tak banalne i nudne pioseneczki powinno być karalne...

Kacper Bartosiak    
17 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie