RECENZJE

Christina Aguilera
Back To Basics

2006, RCA 5.4

O tym że jest to jeden z najważniejszych głosów naszych czasów nikogo nie trzeba przekonywać, a o tym że w jej karierze zdarzyło się wiele bardzo słabych rzeczy, wolałbym nie wspominać. Pomysł na płytę jest prosty i w kontekście tego co się dzieje obecnie na muzycznym rynku – dosyć oczywisty: to hołd złożony artystom z przeszłości. Pod płaszczykiem wspomnień sięgnięto tym razem do korzeni szeroko pojętej pop kultury: muzyki i estetyki inspirowanej okresem lat trzydziestych i czterdziestych. Mamy więc kolejny powrót do brzmień retro, ubranych w nowoczesną aranżację, skrojoną dla ucha współczesnego słuchacza. Otrzymujemy wydawnictwo dwupłytowe, które czasowo spokojnie mogłoby się zmieścić na jednym nośniku. Dwie płyty, no i niestety dwie różne jakości: pierwsza – w swojej estetyce bliska doskonałości, druga – ocierająca się o kicz i miejscami bliska muzycznego dna. To rozwarstwienie nie jest jednak tylko pozornym złudzeniem: pomimo spajającej tę płytę klamry, Back To Basics to dwie różne konwencje, dwa pomysły na muzyczną archeologię: pierwszy polegający na sięgnięciu bezpośrednio do źródła i starannego go przetworzenia i odrestaurowania, oraz drugi, skupiający się na imitacji i naśladownictwie.

Opisując tę płytę chciałbym na wstępie postawić jedno fundamentalne pytanie: czy ta muzyka niesie ze sobą jakąś zupełnie nową jakość? I choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nikt do końca od Back To Basics tego nie oczekiwał, to mam wrażenie, że pewne kanony zostały tu trochę przełamane. Czy jest tak ponieważ wrażliwość i nietuzinkowy talent Aguilery zapanowały nad mechanizmem odhumanizowanej maszyny pop-produkcyjnej, gdzie muzykę pisze się już dziś na ilość a nie jakość? A może wreszcie spotkała ludzi z którymi odnalazła wspólną artystyczną drogę? Ta bardzo unikalna interakcja jaka zaszła pomiędzy Aguilerą a Premierem (autorem podkładów na pierwsza część wydawnictwa) jest wyczuwalna już właściwie od pierwszych dźwięków na tej płycie. Rozwiane zostały dzięki temu liczne spekulacje niektórych amerykańskich dziennikarzy, którzy jeszcze przed pojawieniem się wydawnictwa na rynku obawiali się trochę efektów współpracy na linii Aguilera/Premier. Może właśnie dzięki zaistniałej możliwości zetknięcia się osób z tak różnych środowisk artystycznych i społecznych, utwory spółki Aguilera/Premier mają tak dużą siłę przekazu, niosąc w sobie jednocześnie bardzo duży ładunek emocjonalny?

Okazało się że podkłady Premiera doskonale wpisują się w popową konwencję całości, zachowując jednocześnie bardzo wysoki poziom autonomiczności. Mimo że sztuka samplingu już dawno wyszła z fazy eksperymentalnej, to płyta ta udowadnia niejako, że stoją przed nią jeszcze nieokreślone możliwości kreacji. Bardzo wysmakowane barwowo brzmienia sampli starych płyt przeplatają się i przenikają tutaj z możliwościami współczesnych metod produkcji. Ta nieomalże doskonała synteza nie byłaby jednak tak ponadczasowa, gdyby nie przepiękne partie wokalne Aguilery, która zdaje się idealnie odnajdywać w tej konwencji, znajdując jednocześnie swój własny, unikalny styl. Aguilera doskonale koresponduje z językiem samplowanych fraz, przepięknie budując nastrój i dramaturgię kompozycyjną za pomocą całego arsenału wokalnych fajerwerków, przy jednoczesnym zachowaniu bardzo wysublimowanej melodyki. Jednym zdaniem: została tu zachowana bardzo rozsądna proporcja pomiędzy nieograniczonymi możliwościami eksperymentalnymi, jakie daje samplowana materia, a zwięzłością i przejrzystością formalną piosnek. I co najważniejsze, co najmniej kilka utworów nosi w sobie ogromny potencjał przebojowy.

Płyta numer dwa niestety psuje bardzo dobry obraz pierwszej części. Kompozycjom Lindy Perry brakuje polotu, przebojowości i oryginalności. Nie pomagają pompatyczne aranżacje orkiestrowe i to, że mimo wszystko płyta jest doskonale nagrana i zagrana. Miało być swingowo, tanecznie i bluesowo a wyszła knajpa i emocjonalna taniocha. Nie zabrakło oczywiście pościelowej, smutnej ballady z monumentalnym aranżem w stylu Celine Dion ("Hurt"), są pseudo-gospelowe chóry, ryczące organy Hammonda, jest blues (w tym najgorszym wydaniu), pełno quasi-archaizujących brzmień i rzewnych melodii, które wylatują z głowy po 5 minutach. Czuje się w tym wszystkim zimną komercyjną kalkulację, której ewidentnie nie ma na pierwszej części płyty (w tym kontekście warto przypomnieć może to, że wcześniejszym owocem współpracy Perry/Aguillera był mega przebój "Beautiful".)

Podsumowując Back To Basics, niewątpliwą radością napawa jednak mimo wszystko fakt, że udało się nagrać Aguilerze w końcu płytę, która stała się wydarzeniem zgoła artystycznym, mieszcząc się jednocześnie w kanonie produkcji stricte popowej. Pomogła w tym osoba Premiera – wybrana oczywiście nieprzypadkowo (wcześniej między innymi genialne Jazz Thing), pomógł też doskonały PR i precyzyjnie przeprowadzona medialna kampania promocyjna (odwołania do mistrzów takich jak Davis czy Coltrane – to zawsze brzmi dobrze). Całości nadaje jednak sens wspaniały głos Christiny, który brzmi momentami tak, jak nigdy wcześniej. Za całość 5.4, za CD 1 7.9

Michał Szturomski    
25 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja