RECENZJE

Christian Scott aTunde Adjuah
The Centennial Trilogy

2017, Stretch 6.9

W 1917 roku świat, jaki znali przodkowie ówczesnych pokoleń, płonął. Przyduszona oparami nacjonalizmu Europa wykrwawiała się w najstraszliwszym konflikcie zbrojnym, jaki dotychczas ją dotknął. Rosja, w wyniku dwóch sprzedanych pod płaszczykiem prostej wizji świata rewolucji, wkroczyła na drogę zbrodniczej inżynierii społecznej, która całkowicie zmieniła bieg historii, odbijając się czkawką połowie globu po dziś dzień. Na Bliskim Wschodzie zaś chylące się ku upadkowi Imperium Osmańskie stopniowo pękało wzdłuż nakreślonych przez brytyjską i francuską dyplomację linii, mających na lata skomplikować życie mieszkańców tych ziem.

Tymczasem po drugiej stronie Atlantyku, w kolebce dzisiejszego ładu panował względny spokój. Wprawdzie Stany Zjednoczone dołączyły do konfliktu, który od trzech lat był paliwem dla ich przemysłu, ale amerykańskie społeczeństwo siłą rzeczy nie odczuło choćby ułamka ciężaru, który uginał kręgosłupy Europejczyków. Życie toczyło się własnym rytmem, kwitła kultura. Lata pierwszej wojny światowej były dla Stanów dobrze wykorzystanym geopolitycznym okienkiem, ale też czasem pierwszych aktorskich kroków Charliego Chaplina i narodzin ikonicznej Ragedy Ann, okresem, w którym wielki Jack Johnson po latach dominacji utracił tytuł, legendarny Babe Ruth rozpoczął wspaniałą karierę debiutanckim homerunem, a Uniwersytet Columbia zainicjował tradycję przyznawania nagrody Pulitzera. 7 marca 1917 nastąpiło z kolei symboliczne zwieńczenie pewnego istotnego z perspektywy każdego melomana społeczno-kulturowego procesu: zespół Original Dixieland Jass Band dokonał w nowojorskim studiu wytwórni Victor Talking Machine Company pierwszego komercyjnego nagrania w stylu, który później nazwano jazzem. Można śmiało stwierdzić, że "Livery Stable Blues" / "Dixieland Jass Band One-Step" było pierwszym jazzowym singlem ever – kind of a milestone, nie?

W pewnym sensie obchodzimy więc stulecie gatunku i to chyba dobry moment, by zapytać, dokąd to właściwie wszystko zmierza – a przynajmniej z takiego założenia wychodzi Christian Scott aTunde Adjuah, amerykański trębacz, producent i kompozytor. Właśnie z okazji tych setnych urodzin powstało The Centennial Trilogy, diabelski tryptyk, na który składają się trzy artystycznie spójne krążki: Ruler Rebel, Diaspora i The Emancipation Procrastination. To z jednej strony celebracja jazzu jako zjawiska, z drugiej wyrwa w jego konserwatywnym wizerunku i próba zbadania jego możliwości na gruncie drugiej dekady XXI wieku. Idée fixe Scotta nie jest ani bezrefleksyjne wygrywanie swingowych melodyjek, ani wymyślanie jazzu na nowo we wdzianku napuszonego awangardzisty, a jedynie – jak sam to nazywa – stretch przypisanego mu pola kulturowego, poszerzenie go o elementy pozornie obce i nienaturalne.

By rozwiązać zagadkę tego określenia trzeba wrócić do korzeni, sięgnąć po kontekst. Jako rdzenny mieszkaniec aTunde zna Nowy Orlean od podszewki, wie, z jakimi problemami zmagają się jego zróżnicowani etnicznie mieszkańcy, widział, jak pustoszy go Katrina. Co więcej: silnie się z tym wszystkim utożsamia. Nic więc dziwnego, że bierze sobie do serca dziedzictwo tego miasta, stawiając na różnorodność. Bo skoro jazz narodził się w imprezowej atmosferze brassu, wyrósł na gruncie nowoorleańskiego tygla narodów, to czy jego przyszłości nie należy dopatrywać się w swoistym gatunkowym kosmopolityzmie? Tam gdzie noirowe ballady płyną na trapowych bitach, senne soundscape’y wrzucone są w ryzy afrocentrycznych perkusjonaliów, a fusionowe wyładowania gitar pulsują z rytmem 90’sowego urban, tam gdzie swobodnie mieszają się rożne tradycje muzyczne, brzmienia i style, tam aTunde czuje, że spełnia swoją misję.

I rzeczywiście: myślenie o tej muzyce jedynie w kategoriach zleżałego jazzowego namecheckingu musi prowadzić wprost na manowce. Dawni mentorzy łapią się za głowę, że typowi aspirującemu do roli ambasadora ich sprawy bliżej do Kanye Westa i jego nadludzkich kompilatorskich zmysłów niż do mokrych wyobrażeń o nowym Davisie. Co z tego, że trylogia wiele zawdzięcza Filles De Kilimanjaro albo perełkom ECM-u w typie Survivor’s Suite, Return To Forever czy wciąż nieodkrytym nagraniom Ralpha Townera, skoro cierpliwie konstruowane intro inaugurujące opener Ruler Rebel miast do nich, odsyła raczej do Victorialand Cocteau Twins. Idźmy dalej: rozwibrowane gitary "Ashes of Our Forever" dryfują w stronę post-rocka, tajemnicze pejzaże "Desire And The Burning Girl" dotykają ambientu i kontemplacyjnego oblicza Four Teta, w migoczących klawiszach "Diaspory" odbija się echem Steve Reich z "Six Pianos", a są jeszcze tak trudne do zdefiniowania zjawy, jak potężne, somnambuliczne "Phases", orientalizujące "AvengHer" czy neurotyczne "The Walk". Cholera, jest tu nawet cover Radiohead. Trudno wyrzec się więc jazzowej wrażliwości, ale to dużo, dużo więcej niż tylko to.

Ogromnym atutem tych trzech płyt jest też ich niezwykła przystępność – jeśli chodzi o ciężar, to mówimy o rejonach Kamasiego, czyli o jazzie w ujęciu popowym (albo jak kto woli bezkrawędziowymDŻEZIKUdla mieszczuchów). Relatywna ładność tej muzyki jest jedyną nadzieją dla tej garstki szaleńców chcących łyknąć wszystko naraz. Wyłączając niektóre fragmenty The Emancipation Procrastination, zamyślone ekskursje Scotta na trąbce czy natchnione partie fletu Eleny Pinderhughges prawie nie występują w roli samodzielnych, rozbuchanych narracji, częściej służąc subtelnemu nakreślaniu wątków i budowaniu tej charakterystycznej, nokturnowej atmosfery, jak w przecudnej, utopionej w morzu akordów kołysance "The Cypher". Centralną rolę pełni zaś rytm: czasem delikatny, czasem szorstki i dynamiczny, rozpięty między wykalkulowanym, nu-jazzowym bębnieniem, płomiennym afrobeatem a silną, soulową pulsacją. Z całą pewnością Madlib miałby w czym wybierać.

Centennial Trilogy nie trzeba rzecz jasna traktować jak monolitu. Pamiętajmy, że to dwie i pół godziny muzyki, a pozbawione dłużyzn arcydzieła w skali The Epic zdarzają się w porywach raz na dekadę, warto więc wgryźć się w każdą płytę z osobna i odkryć, że Ruler Rebel to rzecz najbardziej osobista, Diaspora najsilniej zakorzeniona w etosie multikulturalizmu, a Emancipation w największym stopniu zaangażowana, a przy tym najbliższa jazzowym standardom. Każdy z tych albumów okaże się jednak na tyle frapujący, by sięgnąć po następne. I chyba to jest najistotniejsze – a czy faktycznie Christian Scott pcha tę muzykę do przodu, niech ocenią za kolejne sto lat.

Wojciech Chełmecki    
20 grudnia 2017
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi