RECENZJE

Chris Cornell
Scream

2009, Interscope 5.7

Nowego Chrisa Cornella zassałem sobie w formie żartu, ale bez większych nadziei, że może być naprawdę śmiesznie. Jakże się myliłem! Nic nie wiedziałem na temat kulisów tej płyty, że gościu skumał się z Timbalandem by zafundować nam mariaż wrażliwości rockowej z szeroko pojętym dancem. I proszę bardzo, człowiek oczekuje surowego gitarowego łupnięcia, a tu mi wokalista Soundgarden wyjeżdża z openerem jak wyciętym z TEJ płyty. Boysbandowa melodia, wieśniackie syntezatory i wieśniacko zvocoderowane wokale, gniewny, pokutny tekst o wrednej lasce ("No! That bitch ain't a part of me"), antypopowe hooki i aranże bogato inkrustowane elektroniką jak z wczesnego kambru – ludzie, ja tu bym się o mały włos zesrał. Kiedy już przestawiłem się już na tryb odsłuchu "Ween / Kury", okazało się, że to chyba na poważnie wszystko.

Bo dalej jest właśnie w ten deseń, ale jakby już mniej trąci myszką, zamiast typowo boysbandowych melodii mamy... no nie chcę przesadzać, ale *soulowe* wokalizy Cornella. Wciąż, zdarzają się wtręty epicko-gotyckie – myślcie raczej młodzieżowe horrory niż Bauhaus – no i te zvocoderowane śpiewy w oparciu o kiczowate pierdząco-stadionowe motywy.

I najśmieszniejsze, że to wcale nie jest odwalone, zrobione byle jak, te kawałki to są wieloczęściowe, wielowymiarowe konstrukcje z potrójnymi zakończeniami, podwójnymi mostkami, narracją koncepcyjną ze złączonymi piosenkami i starannym rozplanowaniem – od żywego początku, poprzez stopniowe stonowanie, aż po chwilami nawet "refleksyjne" podsumowanie, kiedy niemal udaje się tej płytki słuchać na serio. W każdym razie na przestrzeni przeszło godziny jakimś cudem nudno nie jest. Szczególnie polecam epickie crescendo w outro "Part Of Me", a także finał "Time" z gościnnym pseudo-rapem Timbalanda w tle, brzmiącym jak girltalkowy sampel – groteska. Ostatni fragment "Time" to z kolei symfo-polowe smyki, przegonione czerstwym rockerskim riffem, zgaszonym quasi-gospelową wokalizą Cornella (coś jak Moby), wykonaną zresztą przy akompaniamencie beatboxa, która to wokaliza, jest, jak się za chwilę okazuje, wstępem do kolejnego tracka, tyle że okraszona innym podkładem i popiskiwaniem w stylu Jacko/Justina. Przykłady można mnożyć.

Nie wiem czy to jest zamierzony pastisz czy niezamierzony, nie wiem czy Timbaland robi sobie jaja z Cornella, a ten się zwyczajnie nie skapował i pewnie myśli, że stworzył "nowoczesną" płytę, na czasie i zgodnie z najświeższymi trendami, i że ma odlotową okładkę, na której chce roztrzaskać gitarę, co drodzy państwo, stanowi taki symbol, metaforę, wiecie... Ale być może całkiem niechcący były frontman Soundgarden, zamiast odcinać kupony od czasów minionych wzorem ziomka Cantrella, w wieku 45 lat nagrał opus magnum chłopięcego teen-popu. Wyzwólmy się od postrzegania tego rzekomego masterflopu – jak chcieliby widzieć Scream krytycy muzyczni – przez pryzmat nazwiska autora – gdyby dokładnie taką płytę nagrał N’Sync czy inni Backstreeci (fakt, że z 10 lat temu, a nie teraz) byłoby to być może odebrane jako goodshitowe arcydzieło gatunku. Jasne, arcydzielo teen-popu stworzone przez kolesia, który jest dla targetowego amerykańskiego odbiorcy tej stylistyki jakimś anonimowym papciem. I to jest właśnie tutaj śmieszne. Wszystkim cierpiącym na rockism, zamiast się wzburzać poleciłbym zwrócić uwagę na fakt, że zwyczajna płyta ich idola zostałaby zapomniana w tydzień; a tak – Cornell nieświadomie uczestniczył w projekcie, który zapamiętamy jako najbardziej purnonsensowy happening w muzycznym mainstreamie w roku 2009.

Michał Zagroba    
28 maja 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie