RECENZJE

Chemical Brothers
Come With Us

2002, Virgin 5.9

Płyta wydaje mi się poprawna. Nic poza tym. Całkiem przewidywalna, pozbawiona drapieżności, która wydawała mi się ich głównym atutem. Po pierwszym przesłuchaniu byłem gotowy zmieszać ją z błotem. Później jednak opuściłem jej nieco poprzeczkę, która za sprawą eksplorowanej przeze mnie ambitniejszej i fascynującej elektroniki była ustawiona bardzo wysoko. Jak już powiedziałem, po tym zabiegu, płyta wydała mi się poprawna, a nawet...

A nawet znajduje się na niej kilka ciekawych momentów. Nie są one jednak w stanie zdominować wrażenia grzecznej poprawności krążka, miałkości i artystycznego asekuranctwa. Oczywiście nikt nie wymaga od big beatu aby był pokarmem dla intelektualistów. Z drugiej jednak strony Dig Your Own Hole rusza do dziś i jest czymś więcej aniżeli taneczną przygrywką. W tamtym wypadku czuje się "ważność materiału", świadomość muzyków o dokonywaniu czegoś przełomowego udziela się słuchaczowi, przez co utwory z "Wykop dziurę" mają moc. Moc, którą nadał im nie kto inny jak Tom Rowlands i Ed Simons. Dlatego należy ich szanować, za to właśnie, że byli w stanie stworzyć taki wykopany album. Niestety od tamtej pory schowali pazury. Ich niezliczone wywiady dla programów typu "Z gwiazdą na ty" i "Nasi muzyczni idole" nie wskazywały na to, aby mieli je w najbliższym czasie wyciągnąć po raz kolejny.

Gdyby Come With Us ukazała się w 1997 roku zamiast Dig Your Own Hole, jestem przekonany, jak pewnie zresztą każdy, że nie byłoby wtedy tyle szumu wokół Kemikali. "Dlaczego?" – zapyta dociekliwy. "Przecież pole mieli czyste – wchodzili z big beatem pełną parą. Cokolwiek by wyszło w tamtym czasie spod ich rąk, byłoby momentalnie wchłonięte przez miłośników muzyki. W związku z tym Come With Us również odniósłby sukces" – kontynuowałby ten niepoprawny analityk. Prawda jednak jest inna. Z tej płyty wieje "zmęczeniem materiału". Duet chemików stara się jak może, dla mnie jednak te starania są pozorne. Bracia stracili zapał, poczucie wartości, "głos" na Walnym Zgromadzeniu Muzykantów Świata, a co za tym idzie i co jest moim własnym przypuszczeniem – radość z tworzenia muzyki. Mimo iż sami zainteresowani adresaci tych oskarżeń, stanowczo, jak sądzę, by temu zaprzeczyli. Co gorsza i co decyduje o moim ostatecznym odbiorze tej płyty – nie potrafią temu zapobiec.

Są jednak, jak już zasygnalizowałem, momenty, w których Kemikale się bronią, jak by chcieli powiedzieć, że nie są jeszcze tak do końca niepotrzebni i nieświeży. Album zaczyna się nieźle – tytułowy "Come With Us" nie jest może zachwycającym kawałkiem, ale jest na czym ucho zaczepić. Następujący po nim, promujący album jako pierwszy "It Began In Afrika" również nie zawodzi. Oba to całkiem poprawne (to słowo mi się cały czas w trakcie pisania nasuwa na myśl) kemikalowe cukierki. Gdy po tym pozytywnym wprowadzeniu do akcji wkroczył najlepszy na płycie "Galaxy Bounce", naprawdę poczułem się lekko zaskoczony. Czyżby tym magazynowym pupilkom udało się nagrać satysfakcjonującą mnie płytę?

Te nadzieje w mig rozwiewa, a raczej przywraca oczekiwany poziom, czwarty numer. Teleekspresowo-vivowa klucha "Star Guitar" spodobała się pewnie, za sprawą "jadącego" clipu, nawet Markowi Sierockiemu. Na chwilę jeszcze wrażenie obcowania z dobrą płytą powraca, przy okazji piątego, harcersko-bitowego songa "Hoops". To kolejny ciekawy moment w całości, który obudził we mnie jak najbardziej pozytywne reakcje. No i po takim wjechaniu na górkę dalej następuje wędrówka w dół. A im bliżej jesteśmy zejścia z tej górki (czytaj: końca albumu), tym szybciej staramy się znaleźć na dole i trudno się oprzeć przytrzymywaniu ">>" na pilocie. Do zakończenia jeszcze tylko utwór numer osiem zasługuje na jakąkolwiek wzmiankę. Reszta, mimo pozapraszania jakichś gości z różnych światów muzycznych w imię "łączenia stylów", wypada bezbarwnie i nie była w stanie przykuć mojej uwagi.

Jeśli miałbym przyrównywać Chemical Brothers do jakiejkolwiek innej kapeli, byłby to Daft Punk. Zarówno jedni jak i drudzy tworzą z myślą o tanecznej użyteczności swych produktów. Za sprawą sukcesów swoich albumów stali się też ulubieńcami prasy muzycznej i nie tylko. Co prawda Daft Punk wydali dopiero dwie płyty, ale już widać, że wyraźnie uciekają od powtarzania się, starają się tworzyć zupełnie coś nowego, zaskakiwać, nie trwać w miejscu. Dlatego jestem spokojny o ich kolejny dobry, taneczny longplej. Bracia natomiast nagrali na początku dwie świetne płyty, jednak nie różnił ich estetyczny przeskok. Drążyli ten sam temat i chyba za mocno się wkopali, bo teraz nie potrafią już z tego wyjść. I o ile Daft Punk rozgrywa świetną marketingowo-artystyczną partię szachów, o tyle Chemicy zdają się poruszać tylko samym hetmanem, nie potrafiąc rozszerzyć formuły big beatu, tak jak nienajlepszy szachista nie potrafi polepszyć swojej taktycznej pozycji. Brakuje im koncepcji. Może powinni przestać pokazywać się w telewizji?

Mimo wszystko to jednak poprawna płyta. Póki co big beat stał się pop-big beatem. Obawiam się jednak, że Tom Rowlands i Ed Simons są już głęboko w rowie... wykopanym przez siebie samych.

Krzysztof Zakrocki    
13 marca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie