RECENZJE

Chaz Bundick Meets The Mattson 2
Star Stuff

2017, Company 7.2

Przyznam, że kolaboracja z Mattsonami to, przynajmniej "na papierze", spełnienie moich skrytych marzeń o Bundicku nurkującym głębiej w jazzowość. Podstawy ma jak najbardziej solidne, zresztą próbowanie wszystkich gatunków po kolei jest w końcu od dawna jego specjalnością i do tej pory z każdej z podejmowanych prób wychodził jako zwycięzca. Czy to house Les Sins, ambient Plum czy ÜBER-chillwave Causers Of This – znacie tę historię, czołowy Porcys Darling był u nas analizowany z każdej strony, każdemu projektowi przyglądaliśmy się z uwagą i najczęściej w zachwycie. Formalna sprawność, artystyczne ADHD w połączeniu z jak najbardziej uzasadnionymi ambicjami ogarnięcia wszystkich MUZYCZNYCH SZUFLADEK to modelowy przepis na wynajdywanie siebie od nowa wraz z każdym albumem. Wspominanie o tych oczywistościach jest konieczne, dlatego że (mimo przyzwyczajenia do eklektyzmu) pierwszy kontakt ze Star Stuff może być nieco szokujący – Chaz i solówki? Solówki i Chaz? Jakieś Pink Floyd? O co tu chodzi?

Pierwsze luźne skojarzenia, jakie mi się nasunęły były jednak nieco egzotyczne, bo pomyślałem z jednej strony o Soft Machine, Mahavishnu Orchestra (gitara w "Cascade") czy blues-jazzie Anthem Of The Sun, z drugiej – o nawiązaniach do psychodelizującego, ale wciąż korzennego rocka 70s ("Disco Kid") i w ogóle – do całej bluesowo-rockowej tradycji kolorowanej "nowszymi" genre takimi jak choćby fusion czy soft-rock. Oczywiście największym pozytywem, który utrzymuje wszystko w ryzach jest nieodłączna popowo-barokowa mgiełka przenikająca wszystko, za co Bundick się złapie, co najmniej od czasów Underneath. Przy tej ilości odniesień, jazz-rock Star Stuff jest więc przede wszystkim syntezą szytą na miarę wyrafinowanego, ultra-świadomego, poszukującego pop-rocka i w tych czysto formalnych (rozsadzanie piosenek od środka – tym razem w wersji skrajnej) kategoriach najłatwiej chyba rozpatrywać ten album. Zdarzają się dłużyzny, zdarzają się i momenty olśniewające ("Don't Blame Yourself"), ale z każdym kolejnym odsłuchem album zyskuje.

Może poza jednym nowym numerem (wspomniane "Don't Blame Yourself") reszta nie utrzymuje tak wysokiego poziomu jak single, ale i tak należą się duże brawa. Kolaboracja z Mattsonami nosi w sobie wyraźny rys szorstkości, przygodności, prawdopodobnie jest to jednorazowy projekt wciśnięty między pełnoprawne przedsięwzięcia Toro oraz Mattsonów i chyba właśnie dlatego w wielu numerach słychać swobodne jamy, czasem nieco zbyt unfocused (momentami bluesawa rozwlekłość), ale jednak ostatecznie urzekające sugestywną, popową melodyką Bundicka i bogactwem harmonicznym, gatunkowym (co wcale nie jest tak łatwo zauważalne) oraz instrumentalnym (ambientalne motywy, kosmiczne klawisze). To balansowanie między ulotnym, jazz-rockowym jam-session, a popową zwartością nigdy na szczęście nie przekracza granicy, za którą moglibyśmy słuchać już tylko kolejnego albumu studyjnych rockowych jazzmanów. Czasem spójność ratują soft-rockowe tropy ("JBS"), barokowe country ("Star Stuff"), Underneath w wersji rockowej ("A Search"), czasem wpływy przypominające nieco hermetyczną funkowość minneapolis sound przechodzącą w kosmiczne fusion ("Steve Pink") i te w dużej mierze instrumentalne numery, dzięki takim właśnie odniesieniom, które przybierają postać głównych motywów otoczonych przez ramy bluesa/rocka/jazzu, mogą czasem pozwolić sobie na ucieczkę w jamową fantazję bez efektu przesady. Jeśli popatrzymy na Star Stuff przez pryzmat pop-rockowego eklektyzmu, który jest jedynie przykryty sesyjną zabawą jazz-rockiem, zobaczymy, że mieści on w sobie fascynującą do rozwikłania, plątaninę bogactwa gatunkowego lat 70. Chaz miesza swoją piosenkową wrażliwość z "sidemańskimi" zapędami, które chyba są nieuniknione w przypadku muzyków takich jak on – ogarniających kilka instrumentów (ale przede wszystkim gatunków) naraz. Szanuję to, rozumiem i uzupełniam listę roczną o album, który chciałoby się nazwać przejściowym, ale po prostu się nie da.

Jakub Bugdol    
20 kwietnia 2017
BIEŻĄCE
Playlist Extra: 15 najlepszych utworów Jorge Elbrechta
Presentable Corpse"Don't End Up Alone"