RECENZJE

Changes
Today Is Tonight

2006, Drama Club 7.4

Zaczynamy we dwójkę z Klarą leciuśkimi akordami, po chwili mój wokal a za nim rosnące z czasem w siłę nabicia Piotrka na drumach. Napięcie szybko szybko się pojawia, dobrze łapiemy uwagę sali. "At least we are together / Her / You / And I ” narasta i powiela się, zaczynam przyśpieszać pracę kostką, w końcu szorując nią po strunach jakbym chciał coś z nich zdrapać. Przytrzymujemy jeszcze na moment, bawiąc się dźwiękami, próbując zmusić ludzi do wstrzymania oddechu. Heh udaje się ale u progu piątej minuty sami nie wytrzymujemy i wjeżdżam w głowy pierwszym rzędom riffem czystym jak kryształ, Klara z Piotrkiem też pędzą aż miło. Ostatnie dwie minuty to wykręcanie numeru do cna, żonglerka jego geniuszem a także potajemne liczenie mdlejących na sali osób.

Ta naiwna ale szczera wizja ma już ponad rok, tyle trwa bowiem moja znajomość z zespołem The Changes. Lubimy się bardzo z chłopakami, wszak raczyli zgotować nie tylko świetne "When I Wake" ale i "Her You And I" - mój utwór zeszłego roku. Teraz przyszli z pierwszym longplay’em i zanosi się na długą przyjaźń. Już single (a także profil na Myspace) wskazywały na otwartość umysłów Chicagowczyków (ziomkowanie z Sea And Cake nie do końca przypadkowe). Sięganie w jednym kawałku po delikatnego Stinga ale i po agresywniejsze U2 ("WIW") obiecująco kontrastowało z epickim kolosem, napisanym według najszlachetniejszych prawideł otrzymywania rockowej esencji ("HYAI"). Z tych dwóch mocno od siebie odległych kierunków prezentowany na Today Is Tonight jest niemal tylko pierwszy, popowy, rozbity w zamian za to na parę interesujących, żeby nie powiedzieć zajebistych, wariantów. I tak "Water Of The Gods" przywodzi na myśl wesolutki pop-rock lat dziewięćdziesiątych, jakieś "Place Your Hands" Reef, do momentu odkrycia kart przez refren – "On my own again (wo-oh!) ", biorący cały kawałek w nawias smutnawej ironii. Wokalowy sofcik już wtedy nasuwa pewne Junior Boysowe skojarzenia, które dopiero chwilę później ziszczają się w pełni. W „Sisters” perkmana zastępuję komputerowy bit, odpowiednio schowany za gitarę, klawisze i cymbałki, które również słodzą z oddali, zlewając się w zasadzie w jedno. Oto i granie trudniej dostępne, nie pokazujące swoich uroków od tak hop. Kolejny trop (rym) idący ku autorom Last Exit.

Następnym highlightem krążka jest "Twilight" – rozpoczynajacy się od żartobliwej solówki prosto od krowy czyli ze świątecznej składaneczki best-of-rock-ballads, tonącej po chwili w groovie uprawiającego french touch basu. French touch! Tak jest, cudowny smaczek, od którego ani sekunda tracka nie raczy odstawać (tym bardziej, że później wypływają inspirację Air). I jak można nie lubić popowego myślenia o muzyce? Czysta słodycz, prostota, aż się chcę nie tylko słuchać popowej muzyki ale ubierać na popowo, jeść na popowo, jechać metrem na popowo, żyć popowo. Na stół wjeżdża w każdym razie "The Machine" i kontynuuje wyrafinowaną sielankę do 1:57 gdy chłopaki za pomocą skrzekliwego gitarowego motywu, który nagle ustawiony jest w centrum, ujawniają swoje odmienne, bardziej zadziorne oblicze. "This is the end of pretending" woła wokalista ale to przypadek zdaje się. Co prawda mamy po drodze jeszcze ponure "Such A Scene", przywołujące dobre fragmenty Antics i nawet atmosferę The Cure gdzieśtam w oddali, jednak o sile i wyjątkowości Today Is Tonight decyduje bardziej stonowana strona The Changes, niezależnie od tego czy przemycana cichcem w skocznych numerach czy eksponowana w balladach. To naprawdę ciekawe jak wiele wspólnego ma ten zespół z Junior Boys. Jakieś takie wyczucie...Weźmy closer, zaczynający się całkiem typowo (acz bardzo ładnie) delikatnymi arpeggiami. Nim szablon pozwoli sobie zdominować kawałek, trio dorzuca bit i tym samym niemal kseruje poświatę So This Is Goodbye. No, tu mamy jawne nawiązanie, sądzę jednak że dokładne wyłapywanie tych podprogowych często podobieństw między Changes a Junior Boys to zadanie dla większego ode mnie teoretyka współczesnego niezalu.

Ucieknijmy może od niebezpiecznie sztywnych zdań, ta płyta nie ma nic na sumieniu by na nie zasłużyć. Jedyne do czego można by się przykleić to może zbyt wyczuwalne podobieństwo dwóch-trzech numerów do siebie. Lecz ten zarzut nie byłby zbyt mocny i za urodzaju, to jest choćby parę lat temu, gdy ukazywało się kilka dziewiątkowych krążków rocznie. Dziś blednieje tym bardziej. Ponadto to trudny do obejścia szkopuł nagrywania bardzo "własnych" płyt, a z taką mamy do czynienia. Te wszystkie inspiracje, które wydumałem wyżej, to dodatki do własnego stylu, który jest namacalny, z miejsca dogodny jako punkt odniesienia. To spora mówiąca zaleta. Cóż bowiem znaczy "wiesz, grają jak Artcic Monkeys"? To gówno znaczy i nic nikomu nie powie. A "grają jak Changes"? "O stary, naprawdę? Jeśli grają jak Changes to muszę ich posłuchać".

Jędrzej Michalak    
7 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra