RECENZJE

Cee-Lo
Cee-Lo Green... Is The Soul Machine

2004, Arista 6.5

Każdy kolejny rok dostarcza kilkupłytowej dawki imprezowego surowca – porcję czarnej muzyki, która zakręci każdym ambitniejszym party-freakiem lub pozwoli smutasowi na chwilę wyłączyć się z obiegu, zapomnieć o smutnych rozmyślaniach. Cee-Lo Green z pewnością wskoczył swoim sofomorem do pierwszej ligi mainstreamowych hulaków, wypełniając album pierwszorzędnym materiałem mogącym z powodzeniem zawojować playlistę komercyjnego murzyńskiego radia. Taki krążek trafia się pewnie nie częściej niż raz na parę miesięcy. Sami rozumiecie co to za rozkosz.

Thomas Callaway to kawał buńczucznego soulmana, określającego zresztą własną postać soulową maszyną, będącą w stanie zabrać słuchacza gdzie tylko sobie życzy. Cee-Lo, you go boy! Koleś czuje czarny flavour jak nikt, groove pulsuje w jego duszy. Moc afrykańskiej braci spływa na niego ze wszystkich stron: szczwaniak potrafi swobodnie zapodać boggie stajla bluesa, MTVowski r&b (tego tu najwięcej, sprawdźcie błyszczące smyczki, czyli domenę komoseksualnych telewizyjnych producentów muzycznych), elementy gospel, ha i pe, i jeszcze wysmarować to wszystko funkowym feelem. Tak, ten soulowiec nawet rapuje (czynił to już wcześniej w Goodie Mob), i robi to całkiem śmiesznie. Zabawną jamajską mówionką, którą sam autor kwituje ironiczną uwagą ("my flow is fucking ridiculous") ośmiela nawet samego czarodzieja dźwięków Timbalanda, raźnie wbiegającego na bit "I'll Be Around" z własnym uśmiechniętym feelingiem, rockin' tha party bez jednej troski na sercu.

Balangę zapewnia zresztą cała masa gości. Kto lepiej rozkręci imprezę odrobinką podniosłego kiczu niż Neptunesi i podekscytowany Pharell na majku, potrafiący gdy trzeba przeobrazić się pod koniec albumu w wieczornego balladzistę. Obecność Ludacrisa zwykle gwarantuje airtime w eremefie, ale tutaj płytki umysłowo południowiec wyciągnął co tam ma najlepszego. Zuch chłopak, spisuje się na medal, świetnie dopasowując się do powykręcanego tippy-toes beatu, czyli godnego Missy Elliott tańcowania na paluszkach "Childz Play" i racząc kilkoma muzykalnymi wersami ("Shame, shame, fame, fame fame, give it up! / Ring ding ding / Thanks, the price was right"). Jazze Pha wypada średnio, jak amatorska wersja Chali 2na z Jurrasic 5, ale w "My Kind Of People" wspólnie z Menta Malone całkiem zgrabnie wpasowuje się w elegancką soulową estetykę. Cee-Lo, Chazzie, Sir Cognac i producent DJ Premier przesadzają nieco, wspólnymi siłami czyniąc z "Evening News" coś na wzór mieszanki NERDa z modlitewnymi przebojami Coolio.

Mieszanka osobistości zapewnia przyjemny bałaganik, dlatego Cee-Lo Green Is The Soul Machine należałoby skojarzyć z równie eklektycznymi płytkami. Najczęściej spotyka się porównanie do ubiegłorocznego dubletu Outkastu, Speakerboxx meets The Love Below, i trudno znaleźć trafniejsze określenie. Nie będę rozstrzygał, do której z tych pozycji bliżej Cee-Lo. Często, jak choćby w "Living Around", przy całej swojej kanciastości flow Callawaya przypomina mi śpiewną, przyspieszoną nawikę Big Boia, odbijającą się od bitu jak piłeczka ping-pongowa, a pogibane podkłady z eksperymentalnym Speakerboxxem. Innym razem zaśpiewy wywołują odległe skojarzenia z Andre, a wstęp do "Art Of Noise" to, zdaje się, odległe echo "Roses". Leciutko Andre'owy charakter dostrzec można w żarliwym "All Day Love Affair", odwołującym się do vintage soulu, uwodzącym cudowną partią dętych i miłosnym croonem Callawaya. Czasami jednak Cee-Lo eksploruje tereny, na które nawet para z Atlanty wędruje z rzadka. "Sometimes" to cienki plasterek murzyńskiego gawędziarstwa w stylu tajemniczego kaznodziejstwa rozpoczynającego Quality z cieplutkim tłem, przywołującym fletowe mozaiki Blazing Arrow. Druga część "Glockapella" to kawałek rasowego funku clintonowego (chodzi o George'a, nie Billa, i nie Busha tylko Clintona. Ale George'a, nie Billa) z samplowanym przebojem "Holy Ghost" soul-funkowej ekipy Bar-Kays.

A więc jest super, jest super, więc o co ci chodzi? Cee-Lo Green Is The Soul Machine to wielka spontan producencka kolaboracja (nad większością kawałków pracował inny zestaw afroamerykanów), zapewniająca ponadgodzinną podróż przez krainę czarnej muzyki. Różnorodność tej płyty trudno ogarnąć, co powinno dostarczyć każdemu wrażeń na czas dłuższy, ale jeśli można mówić o wadach, to bałaganiarstwo i tradycyjnie niemożliwa długość nie każdemu musi przypaść do gustu. Stąd w rywalizacji o imprezowy prym z nową twarzą Rocafella tytuł wodzireja przypada Kanye Westowi, którego College Dropout jest może mniej równy, ale dostarcza trochę letniego dynamitu: piosenki takie jak "We Don't Care" i "Slow Jamz" mają szanse pozostać z nami na kilka następnych sezonów. Mimo wszystko zdrowo wymiata wyglądający jak wykrzywiony w grymasie niezadowolenia Shaq O'Neill grubasek z Atlanty (Atlanta rules by the way, Outkast, Kanye i uhm, Ludacris również stamtąd). Cee-Lo Green Is The Soul Machine. Bejbe.

Michał Zagroba    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra