RECENZJE
Caustic Window - Caustic Window

Caustic Window
Caustic Window

2014, Rephlex 7.4

Na początek kilka faktów o Aphex Twinie, o których prawdopodobnie słyszeliście. Richard D. James nagrał rzeczony album dwadzieścia lat temu, w roku wydania Selected Ambient Works Volume II, jako pierwszy longplej oznaczony tym pseudonimem, przy tym jeden z pierwszych o standardowej długości, dzieła zaś tego nie dane było światu do tej pory w całości usłyszeć. Z tych względów musiał to być album ważny. Równoległy do niego follow-up debiutu, niespodziewany i tajemniczy, ale piękny twór w ogromnej mierze pozbawiony bitów, miałby doczekać się dopełnienia powstałego z bardziej "rave’owego" oblicza muzyki Jamesa, młodszego brata Polygon Window. Nie będziemy przyglądać się tu mikrochronologii i przyczynom wydawniczych zawirowań, które rzecz odłożyły do szuflad na dwie dekady, z roku na rok poddając ją dezaktualizacji, na przykład przez ograniczenie przez RDJ roli analogowych instrumentów, bo kto tam znów tych gości dojdzie. Trzeba natomiast powiedzieć o tym, co w całym tym zamieszaniu najistotniejsze: w zasadzie to nic wielkiego się wtedy nie stało.

Ten mało kontrowersyjny niby-gagline jest odwrotnością linijki, którą wstawiłbym tu pewnie, gdyby Caustic Window był powrotem legendy w klasycznym rozumieniu. W tym wypadku wątpliwości dotyczące formy bohatera wracającego z wydawniczego niebytu, zupełnie nie istnieją. Chwytając odpowiednio duży format do porównań – Caustic Window trzeba byłoby zestawiać raczej z zapowiadanym albumem Pink Floyd, niż ubiegłorocznym m b v. Patrząc po dacie powstania, nie mogło być zresztą obaw co do klasy materiału. Stawka była jednak o wiele większa: chodziło o pytania ostateczne. Przede wszystkim o to, czy album jest jednym z mitycznych, nigdy nieopublikowanych wydawnictw, z których pomocą Richard, ku własnej uciesze, do dziś ma trzymać elektronikę w szachu. Czy po wypłynięciu powaliłby świat na kolana, ukazując mierność muzyki, mogącej wyłącznie karleć pod jego nieobecność. Czy okazałby się prawdą objawioną, μ-Ziq-owi, Mouse On Mars i innym pozostawiając jedynie pole do popisu w klejeniu modeli łodzi podwodnych. Dziś wiemy już, że to nie mogłoby się wydarzyć. Album nie byłby w stanie ruszyć słońca, wstrzymać ziemi w roku 1994, ani tym bardziej w 1996, kiedy to prawdopodobnie miał zostać wydany. Nie byłoby chyba już sensu tego robić, mając pod ręką takie przełomowe w twórczości Jamesa cacko, jak Richard D. James Album.

Bez tego nieco męczącego popkulturowego lejtmotywu Caustic Window radzi sobie jednak bardzo dobrze, będąc albumem, który nie zaprzecza swojej metryce i prezentuje się jako czołówka nagrań Irlandczyka z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Charakter aliasu pod jakim został stworzony, stanowi osnowę materiału, chociaż oprócz EP-ek Joyrex (szczególnie J4 i J5), płyta eksploruje również serię od AFX, oferuje pewną krągłość GAK ("GAK1" a "Flutey"), czy też, zupełnie bezpośrednio, numer odrzucony z debiutu Jamesa (leciutko przydługawy potencjalny closer "101 Rainbows"). Mike Paradinas, wspomniany μ-Ziq, odwalił robotę za recenzentów, zachwycając się Caustic Window jakiego słuchał z egzemplarza ofiarowanego mu lata temu przez samego twórcę w zwięzłych i “technologicznych” opisach poszczególnych utworów. Jako faworyta wskazuje "Revpok", który na taką uwagę jak najbardziej zasługuje. To jeden z najlepszych popisów produkcji CW w ogóle, bardzo plastyczny i zwięzły numer, który Autechre mogliby do woli przetrawiać na wysokości Quaristice: kompletna masakra ostrych jak brzytwa cięć i dewastującego basu dokonana w jakimś ogromnym i mrocznym miejscu.

Mówiąc szczerze, interludia umieszczone z przesunięciem ku pierwszej połowie albumu, okalające "Revpok": "Popeye" – ze zmurszałym basem, zamieniający alien-soundy na dzwoneczki i "AFX Tribal Kik" – z plemiennymi bębnami, niosący pogrom złowrogim "ejfeekss", ciasno obudowano świetnymi utworami. Repetytywny, łagodny, ale niespokojny "Flutey", mechaniczny i roztrzęsiony "Stomper 101mod Detuenkik" z frenetyczną melodią (not 303 – dzięki, Mike!), wyciszonym motywem w duchu Detroit (typ z początku "Night Drive" Model 500) i "helikopterowym" bitem to forpoczta mocniejszej części płyty. Etap, w którym wszystko przylega co do milimetra. Następnie brzmiący jak zaginiony klasyk Aphex Twina, gnieciony reverbem "Mumbly". Chwytliwa melodia i sample z Wacky Races najwyraźniej tu dominują, ale bit i charakterystyczne zwolnione pasaże "w dół" robią swoje. Później "Fingertrips", jakieś tutejsze "Music Is Math" stojące w ulicznym korku, chociaż Mike ma na ten temat inne zdanie. Utwór wydaje się rozpoczynać standardowo, ale posiada hipnotyzujący riff, dalej natomiast nie schodzi z wysokiego poziomu zaangażowania w globalne ocieplenie i puentuje go wspaniale na 2:32. Znów bez pudła. W końcu "Airflow". To moment, w którym płyta łapie oddech, choć dalej biegnie w tempie. Radiowe interferencje, smutne melodie – skądś to znamy. Wychodzi to nawet dość współcześnie, prawda? Przy "Squidge In the Fridge" warto się natomiast zatrzymać, bo to również gratka dla fanów. Poza tym później nie ma powodu, by zanadto się rozpędzać. Podobno jest to "a very early track. One of the 1st he did". Jakim piętnastolatkiem trzeba być, żeby wykręcać takie numery? A przecież nie tylko takie! Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Wiemy w każdym razie, że do uśmiechniętej acidowej buźki Richard z biegiem lat dorzucił cały pakiet emotikon, pokazując kto się liczy w tej grze, również w jej wizualnym i marketingowym aspekcie.

Caustic Window mogłoby się dla mnie kończyć malowniczym "101 Rainbows". Chociaż końcowe utwory to wciąż utwory dobre: te spokojnie odnalazłyby się na szorstkim Xylem Tube. Nawet wytykając nieco bardziej bezpośrednią końcówkę, jest to jednak album satysfakcjonujący, spełniający oczekiwania zarówno na poziomie kompozycji, melodii, jak i preferencje entuzjastów "supports/surfaces" techno. Płyta choć wymagająca uwagi, z pewnością nie może być potraktowana jako propozycja wyłącznie dla tych, którzy czekali na nią dwadzieścia lat i bez względu na aurę związaną z oczekiwaniem, stawianie na piedestał crowdfundingowych inicjatyw i postać jej twórcy, to dzieło zwyczajnie trafiające w dobry czas, którego atutem – przy całej swojej agresywności – jest dzisiaj również jego unikatowy, niewyrachowany i ciepły charakter.

Krzysztof Pytel    
18 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra