RECENZJE

Cat Power
You Are Free

2003, Matador 6.4

Być może zabrzmi to paradoksalnie, ale urodziwa Cat Power wypłynęła na powierzchnię supportując na nowojorskich scenach stanowiącą dokładne przeciwieństwo zagubionej, delikatnej południowej duszy ekspresywną i rozwiązłą Liz Phair. Można sobie wyobrazić Chan Marshall poprzedzającą swoim kruchym pieśniarstwem występy wyuzdanej gwiazdy sceny niezależnej. Te dwa spektakle musiały jednakowo kontrastować, co uzupełniać się, połączone nicią wspólnoty – nie tak odległymi od siebie barwami głosu obu niewiast i solidarnym źródłem inspiracji. U jednej przerodziły się one w porywającego rock’n’rolla, druga starannie kultywuje ducha singer/songwriterki, najwięcej zawdzięczającej subtelnie folkowej części twórczości Joni Mitchell, osiągając na tym polu bardzo przyzwoite rezultaty i podtrzymując wysoki poziom po dziś dzień (podczas gdy kariera Liz Phair dawno wymknęła się spod wszelkiej kontroli). Co prawda przywoływanie nazwiska Marka Eitzela w kontekście innych skojarzeń z Cat Power wydaje się przejawem zbyt daleko posuniętego entuzjazmu (Marshall to kompozytorka plasująca się co najmniej dwie klasy niżej), ale od biedy można starać się dostrzec zbudowany w podobny sposób refleksyjny nastrój (nie wspominając o wątkach tekstowych tyczących alkoholizmu) na pełnoprawnym poprzedniku You Are Free, największym osiągnięciu artystki – albumie Moon Pix.

Na nowej płycie jesteśmy świadkami odejścia od gotyckiego balladowania w stronę klasycznych songwriterów i mainstreamowego folk rocka. Rozpoczęcie You Are Free, z samym tylko akompaniamentem pianina, wskazuje na radykalne zubożenie środków (aczkolwiek warto zaznaczyć, że główną linię melodyczną fajnie pogłębia backup imitujący Kim Deal). Ta pierwsza impresja okazuje się później złudna, natomiast rzeczywiście znany z wcześniejszych nagrań nieład aranżacyjny, przekładający się na chaos emocjonalny, zostaje tu całkowicie zagubiony. Moon Pix nie zawsze pozostawało w zgodzie z poczuciem porządku i schludności, ale między innymi dlatego rodziło wrażenie otwartości Chan Marshall w kombinowaniu z estetyką, nasuwało przypuszczenia o możliwości pójścia dalej, w jeszcze bardziej interesujące, być może eklektyczne, sfery. Przy tym z dość bałaganiarskiego tła potrafiły zaskakująco wyłonić się na przykład śliczne fletowe ilustracje przywołujące baśniową osnowę stworzoną przez McDonalda na In The Court.

Na szczęście Cat Power jest songwriterką na tyle utalentowaną, że spokojnie broni się jakością piosenek nawet w bardziej konserwatywnych okolicznościach. Ujmująco wypadają tak tradycyjne songi jak "Good Woman" – country-folk z celtyckim zacięciem i ukłon w stronę współczesnych klasyków sceny. Prostota tekstu i przerysowany, zdarty, zbolały wokal (nasuwający porównanie z Willem Oldhamem) wskazywałyby raczej na stylizację, tym niemniej miłą i zgrabnie zakamuflowaną. Podobne walory prezentuje "Maybe Not", w warstwie lirycznej kulminacja albumu – poemat podejmujący temat wolności przedstawionej ze stanowiska przesyconego amerykańskim idealizmem w rzeczonej kwestii. Niestety prostolinijność tego kawałka jest już trudna do zignorowania, a kiedy chwilę później Marshall w bezpośredni, łzawy sposób opowiada o okrutnie cierpiących dzieciach atmosfera rozmięka do granic, których nie powinno się przekraczać. Nieco zbyt banalnie jak na mój gust prezentują się także monotonne i mało przekonujące w swoim mroku "Half Of You", "Keep On Runnin'" i "Evolution", gdzie po raz drugi natykamy się na Eddiego Veddera, odkrywającego w sobie na nowo kantrową wrażliwość, zapomnianą zupełnie po Yield, a może No Code.

Rewelacyjnie za to wypada środkowa sekwencja You Are Free. Przy wspomnieniu "Speak For Me" i "He War" posłużę się wymyślonym na własne potrzeby niezgrabnym określeniem Throwing Muses-folk, który to gatunek polega na przeniesieniu charakterystycznych dla stylu Hersh/Donnely chwytliwych, entuzjastycznych piosenek w landscape opanowany przez Cat Power. W "Werewolf" autorstwa Michaela Hurleya snuje ona autentycznie przejmującą, ponurą opowieść poprzetykaną wiejącymi grozą smykami, wziętymi niczym z samobójczych ballad ludowych. Wilkołaka przewyższa jeszcze wzruszający egzystencjalny poemat "Fool". Tak, wiadomo że opener Blue wart jest więcej niż połowa dyskografii Chan Marshall, ale mimo wszystko tych kilka powyższych fragmentów płyty to już naprawdę wyjątkowe sprawy.

Podobno Cat Power to druga najładniejsza kobieta sceny niezależnej. W wyścigu do okładek i nude pictures wygrywa z nią Neko Case, ale uznanie dla You Are Free przerosło nawet krytyczną popularność zeszłorocznego Blacklisted. Połączyć osiągnięcia tych dwóch lasek i wychodzi, że południowcy są najlepsi, także w kosmosie.

Michał Zagroba    
2 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie