RECENZJE

Cass McCombs
Mangy Love

2016, Anti- 6.8

Oczywiście zachęcam do zapoznania się z całą wcześniejszą twórczością Cassa Cassowskie… pff McCombsa, bo przecież zawsze warto poszerzać horyzonty, być ciekawym świata i oglądać filmy czytane przez Krystynę Czubównę, ale biorąc pod uwagę fakt, że Mangy Love to już ósma pozycja w jego dyskografii, nie będę nikogo zmuszał do poświęcenia kilku godzin na sprawdzenie, jaką drogę przeszedł ten człowiek od swojego płytowego debiutu. Można zrobić to po łebkach, zapoznając się z zeszłoroczną kompilacją odrzutów i stron B z lat 2003–2014 A Folk Set Apart. Wow! Za reprezentatywne utwory uznałem te, które sam autor kiedyś odrzucił, bo nie wydawały mu się dostatecznie dobre, żeby umieścić je na płycie. Nie chodzi mi jednak o ułożenie składanki "The Best Of", tylko zwrócenie szczególnej uwagi na samo podejście do czerpania inspiracji i zabawy własnym wizerunkiem, dlatego myślę, że ta płyta da wystarczająco dużo przykładów na mnogą osobowość Cassa. "Twins" jest utrzymane w duchu "Abbey Road" i pozostając na tropie liverpoolczyków, "A.Y.D" ma w sobie oszczędność w środkach, ale mocną ekspresję w treści, tak jak Lennon na Plastic Ono Band. Do tego punkrockowe "Oatmeal" ze strokesowym refrenem i chyba moje najbardziej fantazyjne skojarzenie: gdy słyszę zwrotkę "Poet’s Day" mimowolnie narzucam sobie tekst "Celulitis" Tymona z Tranzystorami. Potknięcia sporadycznie się zdarzają i to paradoksalnie wtedy, gdy Cass zabiera się za rzeczy uznawane za punkt wyjścia do przypisania mu konkretnego nurtu, czyli klasyczny blues z folkowymi akcentami, często silący się na korespondowanie z Neilem Youngiem. Określenie "kameleon" jest już przypisane dla jednego wyjątkowego artysty, dlatego Cassa porównałbym do Mariusza Czajki, który w każdym odcinku Maratonu Uśmiechu, pojawiał się w zupełnie innej odsłonie – raz przebrany za Rzymianina, aby za tydzień przyjść w policyjnym mundurze. Tak samo nigdy nie wiemy, w jakim wydaniu ukaże nam się McCombs.

Mangy Love rozpoczyna się od znakomitego "Bum Bum Bum", które mimo wystrzałowego tytułu w delikatny sposób kwalifikuje reprezentanta Stanów Zjednoczonych do finału mistrzostw świata w składaniu zwiewnych, szczodrze zaaranżowanych kompozycji, gdzie od lat medale zdobywają zawodnicy pokroju Jima O’Rourka czy Sufjana Stevensa. Wysublimowany dialog dwóch gitar z przytłumionym klawiszem daje urzekający podkład dla przygnębionego, ale wciąż czarującego wokalu człowieka, który dotychczas przyzwyczajał do zdecydowanie brudniejszych utworów. Już pierwsze podejście przynosi rekord życiowy, ale poprzeczka jest podniesiona na tyle wysoko, że przy drugiej próbie po prostu ją strąca, a potem nawet nie trafia w materac, przez co zawodnik łamie sobie obojczyk. Mówię tu o "Rancid Girl", czyli kiepskim bluesowatym smęcie, nadającym się co najwyżej do reklamy tanich fajek, przy których jakoś tak poważniej bierzemy do siebie ostrzeżenia, że dym papierosowy powoduje raka. Na szczęście pod koniec tego ponad czterominutowego niekontrolowanego lotu w dół, okazuje się, że to tylko skok na bungee i trzeci utwór ponownie unosi nas do góry. Jak najbardziej zgadzam się z hasłem zawartym w tytule "Laughter Is The Best Medicine", a jeszcze bardziej odpowiadają mi te subtelnie wykorzystane instrumenty dęte, z fletem, który u kogoś z mniejszym levelem mógłby zabrzmieć jak muzyka z czołówki drugoligowego polskiego serialu, nadawanego na przełomie milenijnym, a tu tworzy całkiem sielankowy klimat amerykańskiej prowincji. "Opposite House", z chórkami Angel Olsen wypada równie dobrze, ale kolejnym słabszym punktem jest "Run Sister Run" – główny motyw przywodzi mi na myśl wspaniałe "Aserejé", ale niestety ten refren mimo pewnej chwytliwości, wcale nie zostaje w pamięci. Od początku do końca płyniemy razem z piosenką, ale na koniec rejsu w zasadzie nie wiemy, w jakim porcie się zatrzymaliśmy? Ostatnim wartym odnotowania numerem jest "Switch", gdzie Cass mógłby rzucić sparafrazowanym hasłem, że "ta muzyka była zawsze pożyczona od Sly Stone’a i Smokey Robinsona". Szczególnie tego drugiego, bo faktycznie Quiet Storm musiało gościć na odtwarzaczu kalifornijskiego "Mariusza Czajki". Na jedenastym indeksie płyta powinna się zakończyć, ale niestety, nie wiadomo po co, McCombs ugotował nam kolejną kilkuminutową bluesową kluchę, która mogła znacząco wpłynąć na późniejsze oddanie tej recenzji do publikacji, bo za każdym razem przechodziłem piekło, walcząc z samym sobą, by po prostu nie zasnąć.

Nowe wydawnictwo przedstawia Cassa McCombsa, jako człowieka wszechstronnie zainteresowanego, faceta, który przywdziewa zupełnie różne muzyczne szaty, ale pechowo zdarza mu się wyglądać w nich jak wieśniak. Niektóre próby zahaczenia o nowe rejony okazują się być całkowitymi niewypałami, ale trzeba docenić jego ciągłe poszukiwania, bo i tak większość materiału na Mangy Love to okołosiódemkowe rejony, które na luzie doganiają ostatnie poczynania Sufjana czy Marka Kozelka. Jeżeli w jednej recenzji powołałem się na autora Carrie & Lowell i grupę Las Ketchup, to wierzę, że chociaż z czystej ciekawości sprawdzicie co to za cudak.

Artur Kasprzycki    
14 września 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie