RECENZJE

Carly Rae Jepsen
Kiss

2012, Interscope 6.2

Udaną płytę pop cenię jak kanapki ze świeżego chleba lub fajny mecz w TV. Moja radość zazwyczaj w tego typu przypadkach jest tym większa, im bardziej zaskakujący jest kierunek pochodzenia tej muzycznej niespodzianki. W związku z tym misternie planowany album Kanadyjki cieszy mnie pewnie bardziej niż powinien, ale nie mam sobie nic do zarzucenia – w końcu kiedy "one hit wonder" nagrywa solidnego longplaya, to zawsze jest to jakieś wydarzenie i taka reakcja wydaje mi się uzasadniona.

Od mojej recenzji tegorocznej EP-ki Jensen minęło dodatkowych kilka miesięcy grania "Call Me Maybe" w niemal każdej polskiej radiostacji i, o dziwo, ta niezbyt atrakcyjna perspektywa za bardzo nie obrzydziła mi tego wałka. Daleki jestem od zachwytów, bo, słysząc tę piosenkę jakiś milion razy, zrobiłem się czujniejszy na pewne jej niedociągnięcia, ale wciąż – tak ładnego teen-popu nie dał mainstreamowi nikt od czasów Taylor Swift. Ten nastoletni vibe, tak fajnie sprawdzający się w tym kawałku, nie jest wprawdzie cechą charakteryzującą resztę tracklisty Kiss, ale w niczym to nie przeszkadza.

Zacznijmy więc dywagacje nad tym albumem od imponującej listy najemników, którzy przyczynili się do jego powstania. Choć Carly widnieje jako współautorka zdecydowanej większości tego materiału, to ciężko postrzegać ją jako osobę z jednoznacznym pomysłem muzycznym na siebie. To raczej jedna z tych "elastycznych" popowych wokalistek, które są w stanie nieźle dać sobie radę w niemal każdym środowisku. Nie jest to, i chyba nigdy nie będzie, poziom plastyczności Britney, ale może się przyczynić do kilku ciekawych posunięć w najbliższej przyszłości. Nie wiem jaki jest wkład Dallasa Austina w "Tiny Little Bows", bo jednak daleko temu numerowi do jakiejkolwiek łatki związanej z różnymi odcieniami r&b, z którymi kojarzę tego producenta. Nie sądziłem, że współautor "Creep" przyczyni się do powstania czegoś tak dobrze pasującego do realiów radiowego popu ad. 2012. Miłych zaskoczeń jest na Kiss więcej – na przykład "Tonight I’m Getting Over You", czyli "ten dobry numer Maxa Martina", którym miał chyba być w domyśle najnowszy singiel Aguilery. Może nieco zbyt emocjonalna narracja Jepsen zostaje tu wsparta sprawnie zaaranżowanym, trance’ującym podkładem z wystarczająco chwytliwymi hookami, by nie schodzić z repeatu przez dobrą godzinę. Takich rzeczy chciałoby się słuchać w komercyjnych stacjach radiowych! Z tych najmocniej inspirowanych trancem numerów przyjemne jest też "Wrong Feels So Right", które niestety wypadło z regularnej tracklisty, ale nie zanurzajmy się w te brudne producenckie rozgrywki odbywające się za zamkniętymi drzwiami.

Powyższy tercet to rodzynki z rejonu mojej tegorocznej listy najlepszych singli, ale na upartego to mógłbym stąd wziąć więcej. Naprawdę już dawno żadna popowa płyta nie sprawiła mi tyle radości. Oczywiście jestem świadomy wad tej płyty – że mimo wszystko jest tu kilka utworów, które są do siebie zbyt podobne (hook "Good Time" chyba za bardzo przypomina ten z "Hurt So Good", jedyną różnicą jest "łoo-o-o-o-o" kosztem "eee-e-e-e"), że można było dokonać lepszych wyborów jeśli idzie o tracklistę (nie da się logicznie wytłumaczyć olania rewelacyjnie pocinających akordów "Drive" kosztem nudnawego "More Than A Memory"), ale mimo wszystko nie pamiętam kiedy ostatnio podobało mi się aż tyle "albumowego wypełniacza". Nawet tak proste sprawy jak to stopniowo rosnące napięcie prowadzące do refrenu "Turn Me Up" wydają się być przemyślanymi i słusznymi zagraniami. Można się irytować na zbyt oczywisty duet z Bieberem, który choć brzmi kiepsko, to marketingowo okazał się pewnie strzałem w dziesiątkę i… tak miało być.

To naprawę całkiem ciekawe i dające nadzieję zjawisko, kiedy właściwie znikąd pojawia się dziewczyna z fajnym singlem i na fali entuzjazmu z tym związanego nagrywa longplay lepszy niż to co mają dziś do zaoferowania główne rozgrywające w pop-światku – Katy Perry, Lady Gaga czy Christina Aguilera. Ale poza fajnymi piosenkami Carly Rae Jepsen ma jeszcze całkiem sympatyczny wizerunek "dziewczyny z sąsiedztwa" i to nawet mimo tego, że coraz mocniej zaczyna podbijać do trzydziestki. Nie jest to jednak żadnym problemem – to tak elastyczna i pomysłowa wokalistka, że i tak ma spore szanse na przekucie swoich pięciu minut sławy w kwadrans lub więcej. Jeśli zamierza to robić w takim stylu i otaczać się takimi ludźmi, to naprawdę jest to ostatni moment, by zacząć traktować ją poważnie.

Kacper Bartosiak    
15 listopada 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja