RECENZJE

Carina Round
The Disconnection

2004, Interscope 5.3

Symultanicznie z Jędrasem zabraliśmy się za reckowanie nowej PJ Harvey i jej najnowszego klonu Cariny Round, obaj legnąc przy tej okazji z kretesem. Dlaczego, dlaczegóż minimalne napięcie wywołuje takie drapieżne gitarowe female balladry. Ja absolutnie nie zgłaszam żadnych wątków w kierunku młodej niewiasty, ale nawet przy całym ogromie dobrej woli ciężko zignorować *nu-dę* obficie wylewającą się z rozwlekłych, rozpływających się na boki, takich lirycznych niby-jamów. Uznając solidność, należy stwierdzić, że Disconnection to akurat klasyczny przykład albumu rozmydlonego, gdzie szczypta entuzjazmu płynącego z odważnego podrabiania większych i mniejszych ikon kobiecego rocka rozsmarowana zostaje na przestrzeni trzech kwadransów, zostawiając po sobie ledwie zarys impresji wspomnienia po reminiscencji energii, ewentualnie powstawaniu płyty towarzyszącej. Echo świeżości zdecydowanie odzywa się w świetnym "In To My Blood", gdzie drapiący garaż Rid Of Me (okładkowa paralela to raczej nie przypadek – check przód i tył covera) ładnie przegryza się z nieco mniej surowym backgroundem: chórkami, pianinem, hipnotycznym gitarowym podłożem, komponując się momentami w plamiaste tło przypominające "shoegaze dla laików". Fajne, takie pomieszanie Harvey z sennym Jesus And Mary Chain się robi. Agresja i panika wejścia "Burn the secrets" na wysokości drugiej minuty to czysta adrenalina, najbardziej wymiatająca progresja melodyczna jaką Carina wymyśliła.

Wigoru starczy niestety na krótko, już po chwili witalność miarowo topnieje, a impet napędzający co lepsze pozycje z dorobku Polly Jean jakby znika, ustępując singer-songwriterskim zakusom – realizowanym z zaledwie przyzwoitym skutkiem, warto dodać (ale w sumie dość tani sentyment "Motel '74" nawet do mnie przemówił, jak to się stało). Oczywiście ambicje Round wybiegają nieco dalej poza kopiowanie jeszcze w pełni aktywnej, choć schodzącej już gwiazdy współczesnej sceny lasek z gitarą. Nasza bohaterka grzebie w niechlujstwie otwartych form, napotykanych niegdyś w zdziczałej rokendrolowej poezji Patti Smith: myślcie raczej "rozwiązłe" Radio Ethiopia, niż Horses czy Easter. Zdecydowanie pobrzmiewa tu duch soczystego żeńskiego art-punka, tylko materiału i wściekłości zabrakło. Nieobecność śmielszych melodii odczuwa się dotkliwie, gdy Carina zmierza w stronę bardziej treściwego niezal i ląduje nieopodal wczesnej Liz Phair, bezpiecznie unikając mimo wszystko popowego piosenkowego formatu. Jednak wrażenie pewnej piosenkopisarskiej niemocy pozostaje. I dlaczego dała się ta zadziora ujarzmić studyjnej produkcji, gubiąc naturalną szorstkość. Z Patti Smith łączy ją aseksualny wizerunek (bo Harvey to akurat swojego czasu orgazmowała na głośniku), niechęć do oddziaływania na męski zmysł wzroku. Ona raczej w dzieciństwie ganiała za gałą, zamiast pieścić lalki i bawić się z dziewczynkami w serwowanie popołudniowej herbatki na mini-zastawie. A tu naturalną chamówę zastępuje uładzenie. Ryzykując obleśność, brutalnie skonkluduję, że Carinie Round najbardziej brakuje na Disconnection piosenek z tak zwanym jajem.

Michał Zagroba    
23 marca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie