RECENZJE

Caribou
The Milk Of Human Kindness

2005, Leaf 6.7

Zasadniczo to ani nie rozwala, ani nie rozczarowuje Snaith po kapitalnym Up In Flames. Niby koleś coś próbuje zamieszać, w stronę produkcyjnego pedantyzmu (w ogóle różnorodność realizacji drumów, masakierka), rozrzedzenia aranżacji, kompozycyjnego bałaganiarstwa opartego na transowych tematach, klimatu "żywej" płyty w miejsce atmosfery laptopowego produktu sklejonego z sampli, hip-hopowych bitów, a także inkorporowania motywów takich, jak to się brzydko mówi, ni z chuja ni z pizdy ("Lord Leopard" – nie kumam), just for the sake of it. A mimo tych starań sądzę, że sofomor jednak zdefiniował twórczość Manitoby i tego miękkiego, puchowego soundu, halucynacyjnych melodii, dreampopowej aury i shoegaze'owych faktur nasz artysta nie porzuci, bo jest to po prostu charakterystyczny, jego kolaż. Czyli nie dostrzegam metamorfozy, lecz zadowolenie z już zagospodarowanej niszy stylistycznej, przy jednoczesnej nieśmiałej próbie wychynięcia (tak do pasa mniej więcej) poza wykopaną dwa lata temu norkę.

Za highlight i wyciąg z The Milk Of Human Kindness uznałbym "Bees", kruchy fresk nakreślony na ramach beatowo-riffowych odsyłających w rejony Jefferson Airplane jakiegoś, ale pokolorowany urzekającą melodią pobrzmiewająca gdzieś tam nowoczesnymi hipisami (okolice Circulatory System) oraz dętymi, gitarką akustyczną i orientalizującymi udziwnieniami w guście Elephant 6 (czyli: stara i nowa szkoła psychodelii w jednym). Tak poza tym głównym nurtem znalazłoby się jeszcze parę odchyłów, jak wspomniany "Lord Leopard", jak prowansalski "Hello Hammerheads" (choć fragment ten dałoby się pod Pipera podciągnąć), jak noise'owa miniaturka "Hands First". Nie no sporo się tu dzieje w sumie, nawet jeśli repetycja stanowi absolutną podstawę tych kompozycji. Patrząc optymistycznie: świetna rzecz, a nawet rewelacja plasująca się tylko klasę niżej od poprzednika.

Michał Zagroba    
10 października 2005
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra