RECENZJE

Caribou
Swim

2010, Merge 6.0

JB: Po pierwsze anegdotka. Pamiętam jak w ubiegłym roku wraz z kolegą czekaliśmy na mysłowicki koncert Wire. Zmęczeni urokami życia festiwalowego i nie przekonani do zespołów supportujących (bo tak te należałoby je nazwać), zabijaliśmy leniwie czas w pobliskiej, obskurnej (a jakże) knajpie. Jednakże pomimo przytłaczającego znudzenia, co godzinę leźliśmy na salę, gdzie pomiędzy występami puszczano festiwalową składankę, na której znajdowało się "Melody Day". Tak jest. Wchodziliśmy, słuchaliśmy, wychodziliśmy, wracaliśmy za godzinę. Trąca to martyrologią starych, Trójkowych słuchaczy, ale tak było. Doskonale nam znana, odtwarzana raz za razem, kompozycja urzekała nieustannie i urzeka po dziś dzień.

Po drugie anegdotka. Rozmawiałem niedawno z pewnym artystą, który w nadzwyczaj szczery sposób tłumaczył słaby odzew, z jakim spotkał się jego drugi album. Mój rozmówca stwierdził, że artysta zanim totalnie zmieni styl i pomysł na siebie, powinien najpierw wyeksplorować stylistykę obraną na początku. Myśl tak odmienna od promowanej teorii permanentnej zmiany, wychodzenia z ram i zaskakiwania najwytrwalszych fanów ma też swoje racje. Po pierwsze zabawa w kameleona to balans na granicy kompletnej schizofrenii, po drugie Usain Bolt – wybitny sprinter, niekoniecznie będzie równie dobrym szermierzem czy kulomiotem. Snaith-pięcioboista wciąż prezentuje się nieźle, ale każda kolejna konkurencja sprawia mu coraz większy wysiłek. Dotychczas zdobywał już tytuły w dziedzinach takich, jak space-rock, kraut-rock, psychodelia, ciepła, ba gorąca, duszna, elektronika – wraz ze Swim pokazuje swoje umiejętności na polu oszczędnego, minimalistycznego dance-punku, wycofanego electro-popu a nawet, hm, house'u. Tak, to jest na swój sposób klubowa płyta, tyle że przefiltrowana przez wrażliwość dobrze nam znanego gruźlika. Pojawiają się tu szlachetne odniesienia do Junior Boys, Herberta czy Lindstroma zazwyczaj podane z charakterystycznym, malarystycznym sznytem. Niestety, jeśli już jesteśmy w Afryce to trzeba wspomnieć, że "Kali" zżynać z Calvin Harris a inwazja DFA'owskich cowbelli w "Bowls" uzmysławia, że to już stare i niepotrzebne. Mniej nachalne, fourtetowskie, idm-owe kompozycje w stylu "Hannibal" wciąż jednak radzą sobie świetenie. Te momenty zresztą przeważają (piękne zwieńczenie), co sprawia, że w tym dusznym, chorym klubie warto wypić chociaż to jedno piwo i zobaczyć czy ktoś zdecyduje się potańczyć.

MJ: likes Nie wierze że Snaith nagrał cos tak slabego jak Swim i chce juz o tym zapomniec. and up in flames nawet nie daje się porównać z tymi nowymi pierdami. 2 hours ago Like

RG: Historia o skłonnościach gorączkowych Snaitha ciągnie się za nim na łamach Porcys, tak jak sprawa pozwu jakiegoś kolesia z bródką o możliwość używania pseudonimu Manitoba. Tymczasem we mnie od jakiegoś czasu buduje się wrażenie, że gorączka już dawno go opuściła, a jego muzyka drąży zupełnie inne rejony. Sama sytuacja nie jest taka zła: tym razem mamy inspiracje wodą i jej fakturą, kompozycje, motywy i cowbelliki mają sobie pływać, wracać, nawracać, znikać, pluskać, szastać i chlastać. W efekcie Swim to płyta rozmazana tak jak to bywa u Caribou, piosenkowa tak jak zaczęło bywać i można ją nawet puszczać podobno w klubach bez żadnych załamań aury. Całość tworzy całkiem sprawny kolaż ze wszystkimi znanymi inspiracjami Snaitha (że shoegaze, że troszeczkę lata 60) przemieszanymi z lekkimi nowościami (dzwoniący d-d-d-d-d-dance punk), gdzie "Odessa" i "Jamelia", klamerki płyty, najlepiej i najzgrabniej wypadają.

FK: Zauważyliście, że najlepszy utwór na każdej z płyt Caribou jest schowany pod dwójką? Problem, że "Sun" jest o niebo gorsze niż "Sandy", czy – nie przymierzając – "Skunks". Co więcej wolta stylistyczna średnia, bo – woda nie woda – jakieś dużo rytmu, w zamian za atmosferę i melodie. Pierwszy raz większą frajdę od słuchania zbioru oryginalnych kawałków, sprawia mi śledzenie remiksów, ale i tak jest mi smutno na weekendzie

Jan Błaszczak     Mateusz Jędras     Filip Kekusz     Ryszard Gawroński    
23 kwietnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie