RECENZJE
Caribou

Caribou
Our Love

2014, Merge 5.3

Okoliczności, w jakich krystalizował się Our Love, jak to bywa w przypadku albumów ulubionych twórców, często wysuwają się na pierwszy plan w dyskusji o krążku, niosąc ze sobą niekiedy również próbę jego przewartościowania. To nic nowego, ale Dan Snaith to obecnie artysta, który doskonale nadaje się do opisywania, a niekoniecznie do słuchania. Po nowym albumie Kanadyjczyka nie należało spodziewać się niczego doniosłego, toteż zupełnie nikt nie powinien mieć problemu z takim stanem rzeczy. Od wydania Swim, albumu, który oznaczył zwrot Daniela ku otwarcie tanecznej formie, jego kariera nie uświadczyła zakrętów, jednak o ile projekt Daphni i własne wydawnictwo to były newsy jeszcze budzące sympatię, o tyle na jego powrót do głównego wcielenia "z nowym bagażem doświadczeń", niestety już bez nośnego zaplecza singlowego, reagować można uprzejmym wzruszeniem ramion.

Przez większość czasu poświęconego odsłuchowi nowego Caribou mamy do czynienia z muzyką bezpieczną i mało poruszającą. Dobrze się tu ma aura greenspanowska, gorzej progresywna repetycyjność. Ale zdaje się, że z tej charakterystyki zupełnie nic nie wynika. Prawie każdy kierunek, w którym album podąża, prowadzi ku nudnej przeciętności. "Can’t Do Without You" to taki singiel na miarę naszych możliwości. Snaith chwyta się przesłania miłości, kojarząc je z EDM-owymi hitami-letniakami, ale też manifestowaną prostotą na linii "Get Lucky" – "Happy". Numerowi jednak zwyczajnie brakuje rumieńców "Odessy" czy "Sun", więc nie może być raczej mowy o zrobieniu przez niego zawrotnej kariery. Drugi singiel, "Our Love", tym bardziej nie ma potencjału radiowego, ale za to zajmuje już w większym stopniu. Snaithowi daleko jednak do pełni formy kompozytorskiej i nie zmieni tego wygodny azyl, który zdawała się mu zapewniać brytyjska taneczna elektronika. "Second Chance", jedna z bardziej wyrazistych piosenek na albumie, w produkcji której maczała zresztą palce udzielająca się w niej wokalnie Jessy Lanza, to moment, w którym Our Love ma nawet coś nowego do powiedzenia. Wskazuje, że gra nie jest skończenie jednostajna. Jak gdyby przedwczesna emerytura, na którą zdaje się wybierać Dan mówiący o jednej miłości i dzielący się owocami z widownią podczas DJ-setów, przestawała rysować się tak zatrważająco. W inne tony uderza także "Mars", kompozycja dotykająca dawnych fascynacji IDM-em i ich nie tak dawnych emanacji na Jiaolong. Różnorodność, która się tu zarysowuje, i tak należałoby jednak ująć w nawias jednorazowości.

Można się zżymać, że album nastawiony na pop oferuje tak niewiele ładnych melodii, którymi Snaith potrafił kiedyś regularnie zachwycać. "Silver", noszący znamiona Yorke’owej rzewności i producenckiego sznytu albumowego Todda Terjego, posiada chyba największy ich kapitał, w połowie czwartej minuty eksponując swoje wszystkie atuty, które jednak nie są niezbywalne. Potem tego typu momentów jest już jak na lekarstwo. Miałkość kompozycji to główna bolączka Our Love. Jest tu kilka momentów, jak refren "Back Home" albo "All I Ever Need", które może nawet wzlatują na poziom piosenek Toro i Junior Boys, ale to wszystko niestety są obietnice bez pokrycia. Programowa zapobiegliwość tego albumu, prostota, która wyjaławia kompozycje z wszelkich hooków, sprowadza je do wspólnego mianownika transparentności. Nie wskóra tu nic producencka biegłość. Problem polega na tym, że do twórcy, który świadomie rezygnuje z próby ponownego otarcia się o wspaniałość, nie można mieć o to pretensji.

Krzysztof Pytel    
27 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy