RECENZJE
Caribbean

Caribbean
Moon Sickness

2014, Hometapes 7.2

Szósta już płyta Caribbean została wydana w lutym, ale nie wydaje mi się, by pisanie o niej pod koniec roku było niewłaściwe i by sam album jakoś przez ten czas się zdezaktualizował. W naszym szybko trawiącym kolejne dzieła kultury świecie zespół z Waszyngtonu sprawia wrażenie ahistorycznego. Nie wzięli się z niczego, inspirują się wieloma artystami, a od 1999 roku, kiedy powstała pierwsza EP-ka, dokonali sporego postępu, ale cała ich twórczość umiejscowiona jest w osobliwej przestrzeni, do której dostęp mają nieliczni.

Nieliczni, bo mimo że nagrany w 2011 Discontinued Perfume spotkał się z niemałym uznaniem ze strony krytyków, to już ich następne dzieło, czyli właśnie tegoroczny Moon Sickness, wywołało jedynie minimalne zainteresowanie. Jedną z przyczyn jest na pewno to, o czym na początku wspomniałem. Muzykę Caribbean trudno powiązać z konkretnym trendem, wielu słuchaczom sprawia też pewnie problem to, że brakuje jej łatwo identyfikowalnego kontekstu. Panowie nagrywają po prostu autoteliczne piosenki, które nie muszą wcale dotrzeć do każdego. Główny kompozytor i autor tekstów – Michael Kentoff – twierdzi, że niemożność zapewnienia sobie utrzymania wyłącznie poprzez muzykę ma też swoje dobre strony. Zauważa m.in., że ciągłe przebywanie w towarzystwie artystów może stać się męczące, gdyż każdy z nich jest zbyt przejęty byciem cool. Po drugie, praktykowanie prawa jest dla niego kreatywnie stymulujące: stanowi zarówno odskocznię, jak i inspirację dla piosenek, a dodatkowo posiadanie innego źródła zarobku pozwala mu nie przejmować się oczekiwaniami ewentualnych słuchaczy. Takie wyzwolenie jest dla niego zbawienne, bo Kentoff lubuje się w unikaniu standardowej budowy utworu i nie widzi problemu w tym, żeby motyw, który w większości przypadków zostałby refrenem, nie został już ani razu powtórzony. Brzmi to, jak gdyby faktycznie jego songwriting polegał na oswobadzaniu umysłu ze wszystkich melodii, które się w nim zalęgły podczas długiego dnia spędzonego w biurze. Daje to efekt niesłabnącej z kolejnymi odsłuchami świeżości. Na początku całość może się trochę zlewać i nie pozostawiać w głowie zbyt wielu fragmentów, ale warto skupić się na niej trochę uważniej, by płyta mogła w pełni ujawnić swoją przystępność. Moon Sickness jest bowiem, pomimo standardowego dla zespołu deficytu refrenów, chyba najbardziej chwytliwą jego płytą. Także dla tych, których odstraszają używane przy opisach muzyki Caribbean słowa "avant", "experimental" czy "art", warto wspomnieć, iż często towarzyszy im też cząstka "pop". Po ogarnięciu wszystkich progresji akordowych można zająć się tekstami. One również nie są standardowe, bo częściej przypominają prozę niż lirykę. Kentoff opowiada w nich zazwyczaj historie, w których połączenie niezwykłości codziennych czynności z inklinacją do tajemniczości skutkuje nietypową i unikatową atmosferą, odpowiednio korespondując z muzyczną treścią utworów.

Nie widzę na Moon Sickness odstających negatywnie indeksów. Czuć, że każdy kawałek był stosownie przemyślany i mamy do czynienia z twórczością ludzi zwyczajnie mających pojęcie o pisaniu piosenek. Niepozbawiony kreatywności profesjonalizm cechuje również produkcję, czego przykładem jest np. "Imitation Air", w którym z każdego z kanałów dźwiękowych wydobywa się oddzielna partia gitary: jedna brzmiąca naturalnie, druga z kolei przetworzona. Takiego oszczędnego, lecz wzbogacającego korzystania z gruntownej studyjnej obróbki dźwięku jest więcej, za to prawie kompletnie zrezygnowano z wykorzystania różnych kojarzących się z muzyką lo-fi niewygenerowanych instrumentalnie wstawek, takich jak odliczanie w otwierającym utworze, które były często stosowane we wcześniejszych nagraniach grupy. Jeśli miałbym wymienić swoich albumowych faworytów, to byłyby to otwierający "The Chemistry Sisters", "Jobsworth", a także kawałek tytułowy. W drugim z nich Kentoff najpierw przez półtorej minuty prezentuje swoją opowieść na tle gitarowego tła opartego na jednym głównym riffie, by w końcowej partii utworu dać już przemówić wyłącznie muzyce, poprzez kolejne części budując napięcie w celu dotarcia do satysfakcjonującego finału. Podobny zabieg zastosowano w następującym po nim "Moon Sickness", ale jeszcze przed instrumentalną kodą ma tam miejsce jeden z ładniejszych momentów płyty. Kentoff prawdopodobnie uznał już, że nie ma co przesadzać i kilkakrotnie powtórzył fragment zaczynający się od słów "It’s strictly gravitational, you’ll be fine". Znowu mamy tu przeplatające się gitary z przewodnim motywem, który, stopniowo ozdabiany, pojawia się na przestrzeni całego utworu.

Ważnym dla scharakteryzowania Caribbean wyrazem jest "odrębność". Sam lider na początku kariery przyznawał, że gdyby nie uznawał swojej muzyki za wypełniającą jakąś stylistyczną lukę, to prawdopodobnie w ogóle by jej nie tworzył. Sposobem na wyróżnienie się był również pomysł na ich pierwszą stronę internetową. Zostali tam przedstawieni jako korporacja, a większość kodu pochodziła ze strony Microsoftu. Główna zmiana polegała na podmienieniu nazwy przedsiębiorstwa na "The Caribbean" oraz przerobieniu w Photoshopie zdjęć. Takie pomysły na pewno kreują specyficzny klimat wokół grupy i pomagają jej osiągnąć jeden z celów, jakim było to, żeby ci, którzy już ją znają, mieli bardzo osobistą i silną więź z zespołem. Fani takich zeszłorocznych płyt jak "American Master" Changes czy "Identity Picks" Ryana Powera na pewno mogą ją w sobie wykształcić, ale reszta też powinna z Moon Sickness się zapoznać i nie pozostawać w nieświadomości.

Piotr Ejsmont    
6 listopada 2014
BIEŻĄCE
TuzzaMoon Mood (EP)
HelmChemical Flowers