RECENZJE

Cardi B
Invasion Of Privacy

2018, Atlantic 5.6

Belcalis Almanzar wspięła się na sam szczyt mainstreamowego drapacza chmur i z tym nie można dyskutować. Jej droga do sławy jak nic przypomina scenariusz na hollywodzki film, w którym realizuje się amerykański sen – z nocnych klubów, przestrzeni reality shows i instagramowej rzeczywistości, Cardi wdarła się do ścisłego centrum popowego dowodzenia. Potrzebowała do tego zaledwie jednego singla – szturmujący listę Billboardu "Bodak Yellow" właściwie otworzył jej drzwi do wielkiego świata celebrytów i gwiazd showbiznesu. Debiutancki album jest więc przypieczętowaniem statusu nie tylko "nowej Nicki Minaj", ale wręcz nowej ikony amerykańskiego hip-hopu. Bo Invasion Of Privacy wyciska miliony odsłuchań w serwisach streamingowych, ale w dodatku przynosi jej mnóstwo pochlebnych recenzji i pochwał ze strony mediów (i nie tylko, bo ostatnio nawet Bernie Sanders napisał na Twitterze, że "Cardi B is right"). Krótko mówić: kariera "od zera do bohatera". A co o tym wszystkim myślę ja?

Na to pytanie najprościej odpowiedzieć: właściwie w ogóle o tym nie myślę. Nie chcę brzmieć brutalnie, ale dla mnie cała ta operacja o nazwie Cardi B to mały humbug. Mimo szczerych chęci mamy tu celebrytkę, która stała się raperką, a nie raperkę, która stała się celebrytką – imho dziewczyna nie ma szans z takimi zawodniczkami jak Missy Elliot, Nicki Minaj czy Princess Nokia. Każda z wymienionych ma własny styl, charakterystyczne flow, umiejętność wtapiania się w bit, tymczasem Cardi klepie machinalnie te swoje nawijki o tym, że lubi dolary i diamenty, że "nie było łatwo", ale się udało i podobny pakiet tematów, w którym znalazło się miejsce dla seksualnych ekscesów i bardzo szczerych rozkmin ("Real bitch, only thing fake is the boobs" – w końcu miało być o prywatności). I co będę ukrywał: jakoś średnio zajmuje mnie, co do powiedzenia ma narzeczona Offseta, a ponoć jest taka bezczelna i pewna siebie (pełno tu linijek w stylu: "I need Chrissy Teigen / Know a bad bitch when I see one (yeah, woo) / Tell Rih-Rih I need a threesome", które są tylko sprytnymi, ale pustymi chwytami). Skąd zatem ten olbrzymi sukces? Czyżby "służby, mafie i loże"? E tam, popatrzcie na Eda Sheerana czy Chainsmokers. Takie czasy.

Szkoda, że chociaż bity Invasion Of Privacy nie prezentują się wybornie – jasne, porządna robota takich fachowców jak Boi-1da, DJ Mustard czy choćby Murda Beatz, ale co z tego, skoro podkład "Drip" to dużo bledsza wersja "Get Right Witcha", "Get Up 10" przypomina robione w 20 minut produkcje na jakimś tanim sprzęcie, a "Bartier Cardi" właściwie usypia. Ale nie jest też tak, że Cardi nic się nie udało. "Best Life" z wokalną ścianą na drugim planie i Chance'em na featuringu to coś w rodzaju odrzutu (i to jest komplement) z The Life Of Pablo, w najbardziej popowym kawałku "Ring" dostajemy refren od Kehlani, biciwo w "She Bad" trochę bezczelnie przypomina dźwiękową powierzchnię Future'a, ale nie mam z tym problemu, i wreszcie na sam koniec duet z Szą w "I Do" na ciemnym, "tajemniczym" bicie, który można zapisać jako highlight.

Bez względu na wszystko Cardi jest skazana na sukces. Nie tylko znakomicie wstrzeliła się w obecną sytuację polityczną, ale też trzeba jej oddać, że ma świetnych speców od marketingu. Z takim wsparciem o muzykę właściwie nie trzeba się martwić. Ze smutnych, osobistych refleksji: obawiam się, że Invasion Of Privacy to płyta znamionująca upadek obecnej trapowej gry, bo nurt już od jakiegoś czasu pożera własny ogon, a nadal nie widać ani tym bardziej nie słychać kogoś, kto miałby odpowiednie antidotum. Ale nie ma siły – ktoś musi się znaleźć. I tym optymistyczno-pesymistycznym akcentem finiszuję reckę.

Tomasz Skowyra    
26 kwietnia 2018
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy