RECENZJE

Car Seat Headrest
Teens Of Denial

2016, Matador 6.8

Jakby ktoś chciał wiedzieć, dlaczego ta płyta jest dobra (wersja: TL;DR), to proszę wybrać na odtwarzaczu "Not What I Need" (numer 5), przewinąć do drugiej minuty i 46 sekundy, i doświadczyć, jak szybko można wywindować płytę w rejony panteonu lepszych muzycznych momentów roku 2016. Poza tym reszta płyty też jest bardzo spoko. A teraz tekst (dla ambitnych misi, które mają na tyle determinacji, żeby sobie poczytać coś więcej, niż wystawioną ocenę).

Jeśli chcecie w kilkanaście sekund sprowokować powszechną nienawiść do siebie, to pomocne może stać się przeprowadzenie skrajnej dekonstrukcji rzeczywistości i sukcesywne niszczenie wszelkich miłych urojeń związanych z własną osobą (używanie niszowych słów lub nieustanne wrzucanie nawiązań popkulturowych, kiedy istnieją proste zamienniki, również zasługuje na ostre skopanie po ryju – pozdro). Rozłożenie wszystkiego na części pierwsze, w szczególności wspomnień, powinno poskutkować usunięciem nabrzmiałych iluzji i podkolorowanych fragmentów, co zazwyczaj oznacza rzucenie komuś tym wszystkim jak mokrą szmatą prosto w twarz. Nikt nie lubi jak mu się ziemia osuwa spod nóg, w mniejszym stopniu, gdy dzieje się to w życiu, w większym, gdy ma to miejsce w trakcie opowiadania anegdot. Poszatkowany na kawałki żart nie śmieszy. Gdyby Will Toledo wpadł do knajpy, w której zazwyczaj siedzisz, najpierw zapukałby w mikrofon, potem zapytał zrezygnowanym głosem – Halo czy mnie dobrze słychać? – po czym przeszedłby właśnie do mało przyjemnej zabawy w rozkład totalny.

Pamiętasz tę legendarną imprezę z zeszłego roku, jak się ujaraliście, a ktoś głową rozwalił drzwi. W rzeczywistości, w milczeniu, siedzieliście w marihuanowym dymie zdenerwowani postępującą ciszą, wmawiając sobie, że cokolwiek powiecie skompromituje was swoją płytkością i sztucznością. Ten koleś z boku, jeszcze nie wie, że ta kiepska bohema, której tak nienawidzi, to jego mały resentyment. Wczorajsza bójka w perspektywie czasu nie była zabawnym incydentem, w praktyce była żałosnym spektaklem dwóch samców splecionych w gejowskim uścisku do rytmu drących się jak stado gibonów panien (Honorowa legitymacja Samoobrony). Słonko, fajnie, że obejrzałaś Szatańskie Tango na czterokrotnym przyśpieszeniu, ale nie nada ci to żadnej podmiotowości. A jeśli pozbawić tego typa sznytu chłodnego alkoholika, żywcem z Marka Hłaski, to pojawi się obraz delirium z zarzyganym kocem. Jak się uda dożyć, zmieni się w classic packa – ojcówka, pożółkłe palce, plus "jak chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije". Udawanie szaleńca i bieganie w kaftanie nie zrobi z ciebie artysty. Ten neo-hipis też jest zabawny, ożywiona skamielina wykopana spod błota Yasgura, z newage'owymi aforyzmami wziętymi z chińskich ciastek, mającymi usprawiedliwić jego wieczne przećpanie. Brakuje tu tylko Christopher Lloyda, który znienacka wydrze mu się w ucho – Marty, znowu nie ten rok. Zanim z sali padnie zdanie – Kto tu typa wpuścił? – całą wypowiedź zwieńczy efektowną automasakracją, usuwając wszelką możliwość wykonania skutecznej kontry, dodając, że w zasadzie to nie ma nic ciekawego do powiedzenia, a tak w ogóle to mu po przemyśleniu wyszło, że jest żywym i smutnym gów*m, bez prawa do szczęścia.

To już taki rodzaj człowieka, który pierwszy wyleci ze spadającego samolotu, kiedy trzeba będzie wyrzucić zbędny balast, oczywiście wbrew sobie i bez spadochronu. Wiecie: jak schemat tego dowcipu znajdujący się obok żartów o policjantach, z cienkich książeczek, z ceną sprzed denominacji. Może w procesie zagłębiania się w coraz większą abstrakcje, postmemizm wyewoluuje tak dalece, że w cyklicznym ruchu, w wiecznym powrocie, dojdziemy do punktu, w którym żarty o bacy, polibudzie czy evergreen w postaci "twojej starej" będzie w pełni świeżym "sztosem" , ale to dygresja i temat na inną historie.

Teens Of Denial to zapis bohaterskiego szarpania się z samym sobą, nie mogącym wyrwać się z pułapki zbyt radykalnego rozkładu własnego ja, auto-poniżenia, wybitnej społecznej niezdarności – obwiniajcie za to antychrysta Morrisseya. Toledo tekstowo wychodzi autentycznie i wyjątkowo kłopotliwie w tym na co najbardziej liczymy, czyli w akcie krwawego i efektownego wywalania bebechów na zewnątrz, (tak jak pan Bóg w swoim boskim planie przykazał, Car nie zdradza zakonu) – "I’ve been waiting all my life/I’ve been waiting for some real good porn" – poważna rozmowa o samogwałcie, samotności i pornografii zawsze jest czynnikiem łapiącym za gardło, w tle dochodzą jeszcze klasyczne rozmyślania nad problematyką związkową (i nie chodzi tu o styropian), ale kogo to... Wszystko w całość spawane jest za pomocą tonu wiecznej rezygnacji i przesadnej ironii pełnej muzycznych inside joke'ów, czyli pod względem gatunkowej treści – norma. Jeśli jednak chodzi o formalne wykonanie, o ile zdarzają się tutaj linijki naprawdę genialne, zapewniające cięższe rozkminy na kilka najbliższych dni w robocie, kiedy paląc szluga od szluga chowasz się przed wściekłym majstrem (duma klasy robotniczej), a ich wartość estetyczna jest czymś z dość wysokiej półki (podkreślę "zdarzają się" – znaczy się, jak na 70 minut materiału, jest ich tu ich zdecydowanie za mało) – większość z pozostałych nie porusza, co najwyżej robi to brakiem oryginalności i własnego głosu, czyli zalatuje tym co możemy spotkać w tekstach każdego mało rozgarniętego zespołu twoich znajomych z Biłgorajskiego domu kultury (co jakoś szczególnie złe nie jest). Brak tu unikalności, ciekawszych gier słownych, ale: "koleś tu chodzi o bezpośredniość", może jest tu sporo racji, w sumie to słysząc wyborniejsze fragmenty, jak ten który podsumowuje stosunek Toledo do samego siebie – "If I were split in two/I would just take my fists/ So I could beat up the rest of me" – czy przejawiający się w każdej recenzji motyw demitologizacji narkotycznej transcendencji, to ja wybaczam i proszę o więcej, nawet kosztem gorszych momentów, na rzecz genialnych i ostrych jak brzytwa one-linerów.

Porzucając mało istotne kwestie liryki (chociaż ładnie określają one nam ogólnego ducha płyty), w sferze muzycznej, mamy tutaj z pietyzmem wyrzeźbioną gitarową przestrzeń, śmiało korzystającą ze spuścizny całego Matadora (czyli labela odpowiedzialnego za Pavement i miliard innych zespołów, na myśl których perwersyjnie oblizujesz wargi i pocą ci się ręce, i bardzo was proszę o nie psucie mi tego mitu). Całość po brzegi wypełniona jest przebranym w garnitur duchem niezalu w pełnej krasie przejawiającym się głównie w brudzie i zgrzytach. Oczywiście mamy 2016 rok, a Matador to nie spółka z niszowym piwnicznym studiem, którego wyposażenie ogranicza się do kilku wzmacniaczy, magnetofonu i starej grzałki do parzenia czaju. Z workiem złota i nowoczesnymi technologiami Teens Of Denial jest nieźle sformalizowanym i produkcyjnie dopieszczonym albumem (stąd ten garnitur). Bo produkcyjne smaczki to coś co całkowicie robi jakość tej płyty, fragmenty ściany dźwięku są doskonałe, o dalszych kwestiach pomilczę, wiedząc, że najprawdopodobniej popadnę w zakrawającą o śmieszność, przesadną egzaltacje.

Chociaż, o ile pierwszy odsłuch wgniata, z każdym kolejnym magia (boże, jak słodko) zanika, a coraz częściej dominuje nieodparte wrażenie, że dźwięki rozpadają się w coraz bardziej wychwytywaną przez ucho schematyczność, coraz mocniej zalatując postępującym manieryzmem. Nie będę ukrywał, nie ma tutaj jakiegoś eksperymentalnego zacięcia, nie jest to płyta śmiało odkrywająca nowe muzyczne lądy, raczej mamy tu przykład perfekcyjnie zrobionej rzemieślniczej roboty według sprawdzonej formy odlewniczej, będącej zmodernizowanym artefaktem lat 90. Mimo sporego ryzyka członkom Cara, bez większych zakłóceń udaje się zachować linie komunikacyjną pomiędzy odbiorcą a liderem zespołu, skutecznie podtrzymując bezpośredniość przekazu. Mimo długości materiału, w samej muzyce nie odczuwa się wewnątrz-albumowej powtarzalności, co rusz zanikająca koncentracja ratowana jest przez wykorzystanie niespodziewanych zagrywek, takich jak na ten przykład początek "Cosmic Hero". Swoją drogą, repryza wstępu, w zakończeniu tego kawałka, w sile swojego sentymentalnego wyrazu robi ze słuchacza małą płaczliwą prostytutkę, aby jeszcze bardziej go upodlić przechodząc we wgniatającą pierś 11 minutową "Costa Concordie", ale o tym porównaniu proszę zaraz po tekście zapomnieć. Można czepiać się, że pod koniec co druga piosenka pod względem kompozycyjnym jest przedłużonym i rozbuchanym do granic możliwości "Fillmore Jivem" z Crooked Raina, który już bazowo odlatywał niebezpiecznie w bardziej podniosłe tony. Brakuje tu zdecydowanie bardziej luźnych, "przebojowych" momentów, skutecznie detonujących niekiedy popadającą w nieznośność, sztywną atmosferę ambitniejszej formy. Brakuje tu czegoś takiego jak "1937 State Park", który idealnie wpasowuje się w sąsiednie utwory, tworząc, z punktu widzenia architektury całego albumu, sensowny moment oddechu dla słuchacza.

Ale po co się tego wszystkiego czepiać, jak wszystko idealnie gra w zgodzie ze swoim środowiskiem. No bo wiecie, dziedzictwo lo-fi i niezalu to jedna wielka celebracja indywidualizmu z krytyczną brzytwą skierowaną w głównej mierze na własne gardło. Rezygnując z wielkich narracji, skupia się na pozornie prozaicznych sytuacjach, tworząc na ich bazie przejmujące impresje codzienności. W niezwykle naturalistycznym akcie muzyka odsłania przed nami nagie elementy rzeczywistości, pozbawione koloryzującej mitycznej nadbudowy. Igra z fałszywością i miałkością autokreacji, poruszając się po terenie muzycznej kultury, będąc w pełnej opozycji do całego prehistorycznego rock and rollowego blichtru, który... dobra, przyznaje, niezal jest do granic możliwości sformalizowanym zjawiskiem, wymagającym od swoich kultystów podążanie za utartymi schematami i paradoksalnie pod wpływem uważnej auto-obserwacji można dojść do wniosku, że idea w praktyce nie wytrzymuje tempa i zatapia się w swoich własnych założeniach (jeśli po tym czasie od powstania arbitralnie uznamy, że jakieś tu posiadamy). Niby na swoim domowym gruncie popadają w mocne paradoksy, ale wciąż... – Jezus Maria Marty, to znowu nie ten rok.

Michał Kołaczyk    
16 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
SolangeWhen I Get Home
PRO8L3MWidmo