RECENZJE

Captain
This Is Hazelville

2006, EMI 5.7

Zlecenie: napisać reckę. Nic prostszego: wkładasz dawno niesłuchaną płytę do odtwarzacza, a po jakimś czasie przelewasz na papier (właśnie zdałem sobie sprawę jak bardzo out of date jest to wyrażenie w dzisiejszych czasach) wrażenia towarzyszące ci podczas odsłuchu. Gorzej jeśli gdzieś zapodział się nośnik, a deadline jest na tyle blisko, że nie ma czasu ani pożyczenie danego albumu, ani na jego, tfu, ściagnięcie. Co robi potencjalny writer w takiej chwili grozy? Captain America od niedawna nie żyje, tym samym nie ma już prawie nikogo, kto mógłby pomóc. Biedakowi zostaje więc Myspace.

W przypadku zespołu Captain nasz nieszczęśnik bez problemu mógłby wyrobić sobie zdanie na temat propozycji kapeli szukając ratunku na rzeczonej stronie. Otóż ów band na swoim profilu zamieścił wszystko co najlepsze na płycie This Is Hazelville, ale niestety także jeden bonusowy cover, zapewne z jakiegoś singla, który jest z kolei najgorszą rzeczą, jaka się tej przemiłej załodze przydarzyła. Clare, chłopaki zapamiętajcie to raz na zawsze: nie wolno coverować piosenek The Beatles. Full stop. Tym bardziej nie można nagrywać nowej wersji "A Day In A Life", zrozumiano? No a poza tym musicie być całkiem spoko, inaczej dostalibyście więcej gwiazdek od NME niż tylko pięć.

Zgrabniutki eightiesowy popik nam tu zespół oferuje. Swoją drogą nic dziwnego – w końcu produkcją zajął się, uhuhu, Trevor Horn. Wytwórnia EMI musiała zwietrzyć w tej londyńskiej kapeli spory potencjał skoro nie poskąpiła środków na, niemałe zapewne, wynagrodzenie dla gościa-prawie-że-ikony lat 80-tych, który dbał wówczas o sound Pet Shop Boys, śpiewał przez krótki czas w Yes i był współodpowiedzialny za napisanie proroczego songu "Video Killed The Radio Star" (choć to w zasadzie jeszcze pod koniec 70-ych), a ostatnio przyczynił się walnie do odzyskania formy przez Belle & Sebastian na albumie Dear Catastrophe Waitress. Niektórzy ze zbytniego produkcyjnego wypolerowania albumu This Is Hazelville czynią zarzut twierdząc, że płyta jest tak naprawdę głównie świadectwem studyjnych umiejętności Horna, a wartości dodanej w postaci pomysłów kapeli jest na niej jak na lekarstwo. Niesprawiedliwie złośliwcy dokuczają: przecież gdyby nie tak nośne numery jak zamieszczone na wspomnianym Myspace "Frontline", "Broke" i przede wszystkim zajebisty "Glorious", to Horn mógłby sobie wypolerować co najwyżej buty. Obok produkcji zwraca uwagę również harmonijna wspołpraca dwójki wokalistów: wiodącego Rika Flynna oraz Clare Szembek, która swoim słodkim głosem robi głównie za jakże przyjemne tło i tylko momentami wysuwa się na pierwszy plan, jak w urokliwym fragmencie "Broke". Poza tym płyta poprawna, ani mnie pozostałe numery ziębią, ani grzeją, nie przekonuje już tak mocno ani singalongowe chwilami "This Heart Keeps Beating For Me" ani wolniejsze, bardziej refleksyjne "East West North South". Ten album singlami stoi: obok genialnego "A Line You Can Cross" Lansing-Dreiden wspomniane piosenki to zdecydowanie najciekawsze ubiegłoroczne odwołanie do estetyki tak zwanego new-popu z lat 80-ych, co też słusznie podniósł Borys w jednej z części podsumowania 2006.

A poza tym "ja jestem kibicem Lecha i mnie tu nie wkurwiaj", tylko lepiej się płyto znajdź.

Tomasz Waśko    
13 marca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie