RECENZJE

California X
California X

2013, Don Giovanni 6.2

W jaki sposób istnieje dzisiaj indie rock i czym właściwie jest? Złota era skończyła się przecież dawno, na długo przed kompromitującą epoką "indie 2.0", czyli wielkim tsunami przeciętności i złego smaku, kiedy rozmyciu uległy pojęcia systematyzujące estetykę rocka niezależnego w latach 90. Spora część pierwszej dekady XXI wieku w cieniu przebierającego się w "alternatywny" kostium prymitywnego produktu new rock revolution zostawiła po sobie wiele niechlubnych śladów. Jednym z nich jest dewaluacja pojęcia "indie", które najpóźniej w 2005, 06 przestało już cokolwiek znaczyć. Nie dało się dłużej używać tego terminu, stał się on synonimem pustki charakteryzującej każdy produkt przeznaczony do odtwarzania w H&M, na dyskotece dla krawaciarzy, w modnej wśród młodzieży stacji radiowej. Pod wieloma względami, nowa rockowa rewolucja była jednym z najpodlejszych zjawisk w całej historii muzyki dla mas.

A teraz mamy rok 2013 innych możliwości. Brak dominującej estetyki i rozproszenie gatunkowe zadziałały jak odpowiednio dobrana kuracja. Do tego stopnia, że można zaryzykować powrót do klasycznego rozumienia terminu "indie", tym bardziej, gdy nadarza się ku temu okazja w postaci debiutu California X.

Tym razem będziemy się cofać do przełomu lat 80. i 90., przede wszystkim dzięki brzmieniu ustawionemu gdzieś w przestrzeni pomiędzy Dinosaur Jr. a Husker Du. Gitara, bas i perkusja, bez dodatkowych upiększeń, za to z wpadającymi w ucho, nieprzesadnie podniosłymi melodiami. To wszystko wydaje się wystarczać i w całkiem uzasadniony sposób budzi ciekawość, kiedy zespół na przestrzeni prawie siedmiu minut openera utrzymuje napięcie za sprawą zgrabnych riffów i sekcji dźwigającej nośne zwrotki, a chwilę później serwuje trzy przebojowe strzały z singlowym "Pond Rot" na czele.

Metoda twórcza California X jest banalna, prymitywna, ale w efekcie przynosi jedną z najprzyjemniejszych i bezpretensjonalnych gitarowych płyt ostatnich kilkunastu miesięcy. Jej największą wadą jest dość ubogi zbiór inspiracji, przez co momentami wkrada się monotonia, ale nie jest to wada niewybaczalna, zwłaszcza gdy niedostatki w erudycji przykrywane są żarliwą pasją i całkiem sporą liczbą hooków na przestrzeni albumu. Jest to także album wypełniający pewną ważną lukę w obecnej dekadzie, która nie obfituje w wydawnictwa sięgające do klasycznego niezal rocka. W natłoku pocztówek z przeszłości ta jedna też się przyda, uzupełniając umiarkowaną satysfakcję z nowych nagrań Dinosaur Jr. tym, którzy ją odczuwają.

Piotr Gołąb    
21 lutego 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie