RECENZJE

Califone
Quicksand / Cradlesnakes

2003, Thrill Jockey 6.7

Califone to producent sprzętu audio. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to bez trudu kupicie sobie u nich nowe kable, mikrofon, słuchawki, boom boxa i wieżę, ale też oprogramowanie, części komputerowe i wiele innych. Nie wiem, czy można polegać na ich sprzęcie (ble ble ble...), nie no, wisi mi to. Ciekawostka polega na tym, że w 1997 roku w Chicago, po rozpadzie Red Red Meat (nie bez sukcesów łączyli tradycyjne bluesowe i folkowe tematy z ostrzejszym, rockowym graniem), czterech z sześciu kolesi założyło nowy band. Nazwali się właśnie Califone. Tak, od tej samej firmy, nie wiem czemu, ale luz, w sumie całkiem fajne słówko. Hersztem ogłosił się / został obwołany (tak jak to było w Red Red Meat) Tim Rutili i niezwłocznie zagonił kolegów do pracy.

W nowej formie zespół kontynuował eksplorację bogatych złóż roots-rocka. Pomimo posiadania w swoich szeregach samego Briana Decka (genialny producent, między innymi pomógł Modest Mouse nagrać Moon & Antarctica) do tej pory ekipa nie wsławiła się niczym doniosłym, zachowując wszak solidny poziom w mieszaniu rozmaitych stylów. Począwszy od debiutu (Califone, 1998) istnieją sobie na niezal rynku, koncertują, nagrywają.

Quicksand / Cradlesnakes to już ich piąty longplay. Otwiera go psychodeliczne intro, w którym zapowiadają nam, czego mamy się spodziewać przez kolejne pięćdziesiąt pięć minut. Jeżeli chce wam się spać, to lepiej odłóżcie słuchanie naszej płyty na później, bo dźwięki na niej zawarte raczej was nie rozbudzą. W ogóle nie liczcie na specjalną energię. Chcecie sobie podumać na mniej przyziemne tematy, jesteście fanami Dylana i Waitsa? Jeżeli tak, to zapraszamy.

No, skoro zostaliście, to lada chwila czeka was wielka nagroda w postaci "Horoscopic.Amputation.Honey". Ta rewelacyjna kompozycja rozwija się pomalutku – niejako wyłania zza gęstej warstwy brzdęków, szumów, zloopowanych przygrywek i sennego, zmarnowanego głosu Tima. Stopniowo nabiera jednak tempa, by później pozornie wygasnąć. I kiedy już czekamy na jej koniec, motyw powraca ze zdwojoną mocą, rozradowując nasze skołatane serduszka. Wieszczym głosem Rutili kończy: "Silver harm sugar hands drunken hive / Amputated years are growing back a new shade".

Uwielbiam ten utwór, przepadam za nim po prostu. Mój faworyt numer jeden na płycie bez dwóch zdań. Tymczasem, bez chwili przerwy, dostajemy "Michigan Girls" z wciągającym motywem przewodnim, zagrany bez pośpiechu, ale z jajem. Słychać tu akustyki, smyczki, klawisze, dzwonki, perkusję, a nawet "duct tape coin piano". Wszystkie te plumknięcia są szybko urywane, poszarpane, nieraz długości ledwie ćwierć nuty. Bynajmniej nie tworzą ściany dźwięku, czy choćby jakichś harmonii. Raczej baraszkują sobie w tle, a swoją naturą specjalnie nie intrygują.

Przy "Your Golden Ass" pewnie poczujecie się trochę oszukani. Bo o ile początek płyty sugerował lightowe smędzenie, to oto natrafiamy na mocno rockowy kawałek. Nie jest to może dziki punk, ale właśnie tak wygląda Califone w najostrzejszym wydaniu. Głębokie bębny, dwie równoległe gitary podane z wyczuciem i odrobiną szaleństwa (świetnie wypadają improwizacje tej drugiej), a nawet wspólne śpiewy. Zobaczyć pot na czole gości, którzy zwykle przy wykonywaniu swojej muzy pocą się chyba tylko od żaru z ogniska, lub ciężaru własnych myśli, to na nie lada atrakcja.

Kiedy rozentuzjazmowani udanym rozpoczęciem albumu wypatrujemy co będzie następne, dostajemy przesiąkniętego intensywnym klimatem Swordfishtrombones smęta. Siada tempo, znika napięcie. Dalej mamy troszkę Lambchopa i zeszłorocznego, solowego projektu Douga Martscha. Niby takie trubadurzenie wychodzi im naprawdę nieźle, ale brakuje mi tu głębi, drugiego dna, mądrości. Suma sumarum, jest troszkę nijako. Chłopaki starają się trzymać fason, ale im się nie udaje. Tragedii nie ma, ale widać wyraźnie, że krążek przechodzi lekki kryzys.

By na wysokości dziesiątego w zestawie "Vampiring Again" odżyć. Skojarzenie z Wilco jest tu jak najbardziej na miejscu – zespoły te znają się świetnie, w przeszłości ze sobą koncertowały. Kolejno mamy "Slower Train", w którym słyszymy: "Quicksand and cradlesnakes / Everything you think you know is wrong". No patrz, a ja myślałem... Sam kawałek jest cool, symetryczny odpowiednik mojego ukochanego "Horoscopic.Amputation.Honey". Jeszcze tylko finał w postaci rozmytego "Stepdaughter" i po jabłkach.

Lata mijają, a kwartet wciąż podąża obraną na starcie ścieżką. Nie wiem, czy prowadzi ona do jakiegoś ciekawego miejsca, czy jest po prostu drogą po której oni lubią chodzić. Tak czy siak, nie zapowiada się na to, aby mieli z niej w najbliższym czasie zboczyć, czy ewentualnie się zatrzymać. I bardzo dobrze: maszerujcie dalej, a będziemy o was pamiętać.

Jacek Kinowski    
9 lipca 2003
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra