RECENZJE

Calexico
Feast Of Wire

2003, Quarterstick 6.8

Calexico to kolektyw, którego podstawę stanowi duet Joey Burns – John Convertino. Chociaż owe szczęśliwe porozumienie zawiązało się w mieście Shaqua, uznawanym za jedno z najwspanialszych miejsc na ziemi, grupa po kilku latach zmieniła barwy klubowe, przywdziewając trykoty pustynnego stanu Arizona. Bardzo już mocne miasteczko Tucson reprezentowane jest ponadto przez formację Friends Of Dean Martinez, związaną z Convertino, zagospodarowującą własną niszę w tej rolniczej dziurze na długo przed inwazją intruzów z Miasta Aniołów. Ale nie o Friends Of Dean Martinez być miało.

Calexico to nazwa miejscowości na dawnej granicy meksykańsko-kalifornijskiej. Nazwa o tyle symboliczna, że odnosi się nie tylko do linii demarkacyjnej, ale przede wszystkim obrębu przenikania się dwóch kultur – latynoskiej i zachodnio-południowoamerykańskiej. Historia rubieży odzwierciedlona jest w poczynaniach Calexico – grupy muzycznej, od lat starającej się ożywić skostniałe, tradycyjne folkowe formy przez wzbogacanie konserwatywnej, balladowej piosenki o elementy muzyki wywodzącej się z krajów hiszpańsko i portugalsko-języcznych, a także jazzu. Jeden z dwóch mastermindów przedsięwzięcia, Joey Burns, zdobywał wykształcenie muzyczne na University of California, trudno więc wpisać go w nurt zmurszałych, samozwańczych poetów z gitarą akustyczną pod pachą. Folk-country w twórczości duetu to raczej zewnętrzna fascynacja, niż spontaniczna forma wyrazu. Rezultatem jest ciekawe połączenie akademickiego spojrzenia na południowe smęcenie ze szczerą do niego miłością. W przeciwieństwie do wielu kamratów ze słabo zurbanizowanych stron Stanów, to Burns wybrał folk, a nie folk wybrał Burnsa jako swojego namiestnika. Opowiem więc, jak dwóch Tucsończyków inkorporuje w poczciwe, dylanowskie songi oraz współczesne bardowskie smuty ożywcze treści.

Resusytacja mrocznego, country'owego przygrywania odbywa się przede wszystkim poprzez czerpanie z szerokiej palety interesujących instrumentów. Odżegnując się od wszelkiego ascetyzmu, kapela korzysta ze wszystkich dobrodziejstw oferowanych przez sklepy muzyczne w swoim zadupiastym mieście (pół miliona mieszkańców na warunki amerykańskie oznacza niemal zaścianek). Fragmentarycznie pobrzmiewają trąbki, mandolina, banjo, organy, harmonijka ustna, wiolonczela, dzwonki, syntezatory, flet, puzon i można by jeszcze wyliczać. W dodatku Calexico wykorzystują powyższe ze swobodą i poskramianym rozmachem, niczym orkiestra, której członkowie grają ze sobą bardzo długo. Na miano współczesnego Erazma, człowieka renesansu, tym razem zasłużył sobie Burns, odpowiedzialny za 3/4 dźwięków pojawiających się na Feast Of Wire.

Secundo, niezbyt często spotykamy południowców posługujących się latynoskimi harmoniami w takim stopniu. Pewnie nikt ze zgromadzonych w kinie nie śmiałby się z biednego Caetano Veloso, gdyby w Porozmawiaj Z Nią Almodovara wykonał pulsujący po brazylijsku "Guero Canelo" razem z załogą Calexico, zamiast jakiegoś zabawnego, łzawego lamentu (zaznaczam jednak, że mi się Caetano podobał). Wątek filmowy, panie pośle, kontynuują orkiestracje w "Close Behind", spokojnie nadające się na ilustrację heroicznych opowieści o przygodach El Mariachiego. Najlepszy utwór Feast Of Wire to "Crumble", jedyny stricte jazzowy fragment płyty, odlegle odnoszący się do powiedzmy Sketches Of Spain (w wersji dynamicznej), w ramach kontynuacji, panie pośle, wątku hispano albo raczej ogólnie inspirowany trąbką Davisa i saksofonem Coltrane'a. Haha. To w ramach takiego żartu.

Mamy tu jeszcze kilka innych urozmaiceń. Chociażby pojawianie się klimatów bliskich cosmic americana, głównie melodycznie, ale i aranżacyjnie, unaocznione najwyraźniej w postaci piosenki "Not Even Stevie Nicks...". Do głosu dochodzi także desert-rock, niestety często w nazbyt eterycznym wydaniu.

A skoro już jesteśmy przy wadach. Do słabych stron Feast Of Wire należą zbyt wyniesione, zapatrzone gdzieś Panu Bogu w okno pieśni w rodzaju "Woven Birds" i przesłodzona miniatura fortepianowa "The Book And The Canal". Album rozbija niepotrzebny pastisz "Across The Wire" – naturalizowany kowboj-Meksykanin Alejandro Rodriguez sprowadza orkiestrę szwagra do przygrywania na weselu stryja. Od takiej zabawy mogłaby rozboleć głowa, a ja nie sympatyzuję ze śmiesznościami, po których trzeba łykać Panadol. Ale oprócz tych kilku mniej udanych kawałków jest very good, a będzie jeszcze lepiej, mam nadzieję.

Michał Zagroba    
14 kwietnia 2003
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra