RECENZJE

Calexico
Carried To Dust

2008, Quarterstick 7.0

Latynoamerykański brat Smoka Wawelskiego – Cortez Baltazar czasem leciał w kulki, ale częściej grał w klasy. Wiadomo, poszły za tym masy a wynalazek drukowanego, niby, hipertekstu uważano za odkrycie aż do momentu wymyślenia zupki instant na dwa sposoby. Nie biorę narkotyków a jednak pewna scena, rzeczywiście, mi się tam podoba. Mianowicie ta, w której Maga i Horacio wpadają na siebie w Paryżu. Ciągle. Nie umówiwszy się wcześniej, wychodzą, by zawsze na siebie trafić. Ot, takie niewytłumaczalne zbiegi okoliczności, z których, jak wiadomo, zawsze coś wynika. W tym wypadku recenzja.

Zawsze wpadam na chłopaków z Calexico. Po prostu, gdy tylko zechcę, to wychodzę z mieszkania, skręcę tutaj, poczekam pod warzywniakiem, spojrzę na zegarek i – o proszę – Burns z kolegami. Tyle, że ja trochę oszukuję. Wiem, po prostu, gdzie ich znaleźć. Jeśli wychodzą – to w słoneczne poranki. Kierują się na południe, wcinając tortillę i opowiadając kawały po hiszpańsku, dla niepoznaki, jeden z nich zawsze ma na sobie koszulkę z Either/Or Smitha. Po minucie podążania Folkową, skręcają pięknym mostkiem w Dętych, gdzie zazwyczaj czeka już na nich jakiś ziomek ze szkoły. Naprawdę, nietrudno jest przewidzieć, gdzie pójdą.

Ostatnio jednak mnie przechytrzyli. Pogubili się i nie poszli nigdzie. Na szczęście Garden Ruin, z mieliznami pokroju "Letter To Bowie Knife", wciąż pozostaje ich najgorszym albumem.

Wraz z Carried To Dust Calexico prezentuje nową wariację na temat swojego własnego brzmienia. Płytę subtelną i dojrzałą. Okrojoną z rockowych naleciałości poprzednika i w mniejszym niż Black Light stopniu eksploatującą wątki meksykańskie. W swojej kameralności album jawi się najbliższym dokonaniom amerykańskich singer/songwriterów, do czego przyczynili się również zaproszeni goście, ale o nich za chwilę.

"Victor Jara’s Hands" to melodeklamujący Burns, lekko funkująca gitara i trąbka, pozwalająca melodii pięknie narastać, by spełnić się w bilingwalnym refrenie. Zaraz po nim jest jeszcze lepiej. Singiel "Two Silver Trees" skłania do repetycji a i tak ciężko wszystko tu objąć słuchem. Od początku klawiszom i przyjemnej linii basu towarzyszy akordeon, a przy wyszeptanych słowach tytułowych całość dopełnia wibrująca na odległym planie gitara. Wreszcie, uderzeniem w talerz, dochodzimy do chorusa, którego będziecie, nieświadomie, nucić przez najbliższy tydzień.

Oczywiście album nie jest aż tak dobry na całej swojej długości, niemniej jednak pierwsze sześć numerów trzyma wysoki poziom. Potem nadchodzi to, czego wszyscy się spodziewaliśmy: "Jesteśmy CaleHico, więc musimy nagrać jakiś kawałek w klimacie "desperados theme". Oczywiście po hiszpańsku i tak, żeby nasi długowąsi dziadkowie mogli przy nim walnąć po secie tequili." Na szczęście następny utwór rekompensuje z nawiązką. "House Of Valparaiso" – najlepszy na płycie, a wszystkiemu winny Sam Beam. Erotyzujące flamenco, w którym Iron & Wine z tak niesamowitym feelingiem uzupełnia Burnsa, że przychodzi mi na myśl tylko debiut Twilightów.

Kończąc wyliczankę, chciałbym zwrócić Wam uwagę, że zgoda buduje. Carried To Dust swój poziom zawdzięcza, w dużej mierze, gościom. Oprócz Beama na wysokości zadania staje Pieta Brown, współtworząc zgrabną kołysankę w klimacie Mojave 3 oraz Doug Mccombs, tworząc ambientowe wręcz tło pod ostatni na płycie "Contention City"

(Resztę tekstu możecie sobie darować.)

Można by zażartować, że Meksyk dla Stanów jest tym, czym dla nas Czechy. Co prawda inna grupa językowa, większa przepaść ekonomiczna i zupełnie inna historia, ale wciąż na południu i... na dwie sylaby. Okazuje się, że nie tylko to. Ostatnio miałem przyjemność spędzić wieczór w zatłoczonym czeskim pubie. Po przeciwległej stronie baru, pogrywała sobie jakaś miejscowa, młodzieżowa kapela. Jak się pewnie domyślacie, nic wielkiego. Studentów jednak cała sala. Zresztą, nie tylko studentów. Na środku siedziało a właściwie leżało, dwóch starszych jegomościów. Ze względu na stan przepicia ciężko byłoby ustalić ich wiek. Nieważne, odkąd wszedłem do pubu – leżeli mordami na stołach, jakąś nadludzką siłą trzymając jeszcze w rękach opróżnione kufle. Miejscowy band jamował sobie w najlepsze, gdy jakby ni stąd ni zowąd na "scenę" wszedł chłopaczek z trąbką. Wokalista powiedział, że następny będzie do słów węgierskiego poety i zaczęli. Gdy skończyli, nastąpiło poruszenie. Ciało jednego ze stałych bywalców zaczęło się ruszać (czy tam podrygiwać), by po chwili, niczym lewiatan wynurzyć się z głębin alkoholowego upojenia, ogarnąć zgromadzonych niewidzącymi oczyma, zaklaskać i, jak pisał Hrabal, "z grobli istnienia runąć w otchłań nieskończoności" w tym wypadku – na stół. Bo wiecie, ta trąbka – fajny instrument.

Jan Błaszczak    
29 września 2008
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra