RECENZJE

Café Tacuba
Cuatro Caminos

2003, MCA 6.8

Wczuwając się w labę nachodzących świąt wgapiałem się bezmyślnie parę dni temu w polskie MTV, czając się na doznania natury rapersko-dresiarskiej. Z letargu wyrwał mnie klip przedstawiający pięciu zblazowanych brit-popowców, grających jeszcze bardziej mydlaną wersję i tak już z lekka przesłodzonej "Długości Dźwięku Samotności". Negatywne wrażenie zatarła po chwili szczera brechtawka z jakże nieudolnego silenia się na przetłumaczenie tekstu piosenki słowo w słowo z polskiego na angielski. Dobrze, że w rodzimej "branży" nie tylko Tymon i Ścianka mają poczucie humoru, od razu tak jakoś milej na sercu. Dopiero po minucie, gdy na ekranie zdążyła już rozgościć się groteska kolaboracji Sweet Noise z Peją (ktoś tu chyba zgłębia, redefiniuje pojęcie "gówniane gówno"), przyszła zimna refleksja, że te łajzy próbują między innymi za pomocą "The Solitude Sound" wedrzeć się na międzynarodową arenę. Mam przykre wrażenie, że wytwórnia nie ma pomysłów na promocję najpopularniejszego w Polsce bandu, i dla jaj, licząc też po cichu na jakieś zyski u siebie (ile razy czytaliście nagłówki "Myslovitz podbijają Europę"; nawet u nas były), zabawiła się w "akcję Zachód".

Zamiast poddawać się skazanym na porażkę – nie tylko komercyjną ale i tę tak zwaną "artystyczną" – zaleceniom góry, zespół mógłby popatrzeć na inne kapele, również nie anglojęzyczne oraz utrzymujące podobną stylistykę (a ponoć członkowie kolektywu nie chcieli jej zmieniać, tak przynajmniej twierdził Lala gdy pytałem go o możliwość złagodzenia oblicza Myslovitz, wskazując potęgę Lenny Valentino). Wcale nie trzeba rezygnować z tego "co w duszy gra". (Ogłaszam konkurs z nagrodami na bardziej wieśniacki frazeologizm. Nie macie szans.) Najważniejsze to zainteresować sobą naprawdę dobrych producentów. Weźmy przykład kilkunastoletniej Café Tacuby, która wydawała właśnie swój piąty krążek.

Do zakupienia Cuatro Caminos najskuteczniej zachęciło mnie często powtarzane zdanie: "to meksykańskie Radiohead". Zawarta w nim prowokacja zawiera się nie w oczywistej nieprawdziwości stwierdzenia (wyobrażacie sobie "walijskie" Radiohead albo "drugie" Radiohead?), ale na czynnikach, które mogły rzeczoną myśl zrodzić. Zawiodłem się; writer, który rozprzestrzenił powtarzane w recenzjach porównanie, oparł się w nim jedynie na urozmaiceniu rockowej muzy naszych amigos zastrzykiem elektroniki. Jeśli ktoś pojmuje komputery w wydaniu Yorke'a i spółki jako ucieczkę przed powtarzalnością, to gratuluję słuchu (pomijam fakt astronomicznych różnic między powierzchniami dźwięków obu kapel). Wycieczki w zero-jedynkowe rejony Café Tacuby tak należy traktować, i choć są to wypady owocne w skutki interesujące, to nikt tu dziejową kreatywnością nie grzeszy. Nie musi, czego dowodem już opener ("Cero Y Uno"), przerywający ciszę szorstkimi i urytmizowanymi spięciami, które przygotowują teren pod zbliżający się żwawo pop-rock. Miłe.

Gitary wydają się być niezłym środkiem do przełożenia latynoskiego temperamentu. Sprawdzają się, choć to nie charakter autorów a tylko ich talent mógł wygenerować energetyczne pigułki w rodzaju "Que Pasara", który skłania mnie w tej chwili do podrzucenia w górę krzesła, na którym siedzę. Mamy tu do czynienia z bogatym zestawem tricków, tak naprawdę znanych już nam wszystkim na pamięć, jak na przykład nagłe wyeksponowania wokalu, przeróżne uwypuklenia, raz ciętych gitar, raz miękkiego basu. Wrażenie robi jednak dynamika tych zmian i ich niezwykła trafność. Na wysokości 1:41 wynurza się gwałtownie najszlachetniejsze takie przejście: nieco skrzekliwy głos Elfego Buendia wyrywa nas kąśliwie z miejsca w landszafcie akustyków szarżujących z werwą Speedy'ego Gonzaleza. I do tego perka, najprostszy w świecie motyw stopa na raz, bęben na dwa, wcina się jak ulał. Nie boję się stwierdzić, że miodzio.

Wypada coś szerzej opowiedzieć o amigo Buendia. Jest to dla mnie postać kontrowersyjna, nie zawsze bowiem potrafi należycie wpasować się w konwencję jak w opisanym "Que Pasara" czy też w singlowym "Eo" (gdzie jąkając udaje mu się sprawić dziwaczne wrażenie, że głos został cienko poszatkowany). I tak oto przesadnie melancholizując trwoni on co poniektóre fragmenty Cuatro Caminos, nieświadomie nasuwając skojarzenia z samym boskim Enrique. Te jego zbliżające i oddalające się zawodzenia w "Mediodia", zwłaszcza po akcie udramatyzowania linijki "Los pajaros vuelan hasta mi balcon", nie ruszają mnie. Zawalony jest i "Encantamuento Inutil", choć nie tak drastycznie: tu raczej nie ma obawy o trzymanie moczu u pierwszych żeńskich roczników nie pamiętających Spice Girls. Oba kawałki i tak ratowane są przebogatą produkcją Dave'a Fridmanna z Flaming Lips. Ma on niewyczerpany zapas zagrywek, w dodatku wie jak z nich z umiarem acz skutecznie korzystać. Tu połechtał cymbałkami (choć tandetny dzwonek drzwiowo-gwiazdkowy pojawia się as well), tam zaszumił, i jest cacy. Takie "detale" jak odpowiednie korelacje między dźwiękami czy zwyczajnie ich faktura są na krążku wymalowane jak się patrzy. To zasługa nie tylko Fridmanna, on sprawował pieczę nad ledwie trzema utworami. Pozostałe rozparcelowano pomiędzy Gustavo Santaolallę (osiem) i Andrew Weissa (trzy). Każdy z nich pracował w innym studiu (album tworzono od Los Angeles, przez miasto Meksyk po Nowy Jork). Różnice w technikach pracy i jej lokalizacjach nie przynoszą płycie widocznej ujmy, zadbano bowiem o sprowadzenie utworów do wspólnego mianownika.

Kołując z rzadka wokół elementów folkowych, Café Tacuba z oczywistych względów mają wiele wspólnego z Calexico. Przy innych okazjach ("Recuerdo Prestado", "Puntos Cardinales") stają się radiowym wręcz bandem pop-rockowym, takim z lepszych oczywiście. Chórki, ogólna dominacja chwytliwego hooku. Wymykają się tu porównaniu do konkretnej kapeli dzięki (o czym już wspominałem) pomysłowym aranżom oraz obfitości cierpkich elektro- lub klawiszo-urozmaiceń. Trudno orzec, czego albumowi brakuje. Łatwiej rozwodzić się nad jego cnotami, zwłaszcza, że rządzą one prawie niepodzielnie. Życzę chłopakom z Myslovitz, by ktoś kiedyś tak napisał o ich płycie. Po hiszpańsku. Niemożliwe? A jednak.

Jędrzej Michalak    
27 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy