RECENZJE

Burzum
Fallen

2011, Byelobog 6.7

Bougereau na okładce jasno wskazuje ścieżkę: z impresjonizmu we wzory antyczne – w mimesis doskonalszą i harmonijną. Porzucamy styl bakchiczny, rozcapierzone palce, śmigające pióra i pomimo ogłoszonej na Belus śmierci solarnego herosa, wchodzimy odważnie we Wrota Baldura. Akademizm i apollinizm. To, co się dzieje na Fallen, można odebrać jako studium Vikernesa we własnym szkarłacie. Artysta, jak u Andriejewa, patrzy prosto w słońce. Rzeźbiarskim dłutem a nie włochatym chujem buduje tu pomnik. To może oślepiać, jednak to właśnie ślepy Höd popełnił tę zbrodnię, która nurtuje Filozofa od czasu "Daudi Baldrs" i przecież nietrudno zaryzykować tezę o związku ściślejszym. Zbrodnia i kara; alter ego za zasłoną mitologicznego baldurzenia.

Młodsi adepci tych sztuk niepięknych poczują się oszukani. Ich wesoła leśna kompania straciła Robin Hooda, który zwątpił w budowę domków na drzewach, a przeniósł się do drewnianego. Nie chłoszcze, nie rabuje, coś sobie mruczy, podśpiewuje jak dziadziuś na wspomnienie gorączki nocy letniej. W wywiadach mówi, że nie słucha Venoma, że Bathory dawno temu już zatonął. Jako inspiracje podaje Roberta Smitha i Future Sounds Of London. "Future"?! Fu…! To kiedyś było przecież słowo zakazane. Co zrobić, gdy banita powróciwszy z samotnej wyprawy, swej świątyni dumania, z powodu której stał się i więźniem i bogiem, jak u Richarda Lestera stwierdzi, że od spania na korzeniach bolą go korzonki i (o zgrozo!) krzyż. Najłatwiej postawić krzyżyk.

Parafrazując klasyka, wyjmijmy gałąź z uszu. Od czasu Bergtatt nie było płyty, która w tak wyważony sposób łączyła romantyczny folk z piwnicznym blackiem. Lesistość lasu z ogrodowym zaciszem. To medytacje nad oczkiem ze złotym karpiem. One dożywają sędziwego wieku i pewnie dużo wiedzą. Vikernes pozuje na Czcigodnego Na Szczycie i udaje mu się to, gdyż w przybieraniu póz jest mistrzem. Po latach ognisk na świeżym powietrzu, folkowych traperów czy metalowych eremitów spod modrzewia okazuje się, że najbardziej inspiruje ognisko domowe.

Domatorstwo jest w modzie. W piątek wieczór siedzę w domu. Jak Bundick, jak Vikernes. Tak kończy się ta odyseja: tułacz wraca na Itakę i masakruje zalotników i pretendentów. Nikt nie będzie nastawał na Muzę w jego własnym dworze. Smukłe strzały riffów i śpiewny głos zwalnianej cięciwy. To jego twierdza i tam mu najlepiej…

Wawrzyn Kowalski    
6 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja