RECENZJE

Burial
Kindred (EP)

2012, Hyperdub 6.3

JW: Trochę głupia sprawa z tym nowym Burialem, bo rzeczywiście dostarczył mi wraz z Kindred niemałej zagwozdki. Clou sprawy nie leży jednak, jak próbują nas przekonać zupełnie niespodziewanie zasypujący tą EP-kę pochwałami recenzenci, w imponującym comebacku Willa Bevana-songwritera; szczególnie efekciarskim w momencie, gdy dubstep przełamał już falochrony mainstreamu i niebezpiecznie zbliża się do etapu, gdzie zostanie pożarty przez swoją własną wulgaryzację, za co odpowiadają przede wszystkim zjawiska w rodzaju Skrillexa. Czysto kompozycyjnie w tych trzech łącznie półgodzinnych quasi-suitach dzieje się raczej mało, nawet jak na "Burialowe standardy”, ciekawiej się robi dopiero, gdy wsłucham się w te wszystkie post-dubstepowe skrzywienia, zmarszczenia i grymasy Bevana, które ujawniają jego – większe niż można byłoby się spodziewać – wyczucie brzmieniowej kolorystki, zręczność w lawirowaniu wśród nowych narzędzi kreacji muzycznego obrazu i przede wszystkim chęć rozwoju (niechęć do "instytucjonalizowania się”). To już nie jest dość toporne, oczywiste produkcyjnie Untrue; "matowy, zgrzytający trip-hop”, ale autorska, organiczna kałuża pyłu, kwasu, płynnych metali i zgrzytających odpadów; to przyjacielski kopniak w analogi (jak się czuje The Caretaker?), bezczelna inkorporacja house’owych pierwiastków. Przyznam, że świat Kindred fascynuje, podobnie jak niegdyś zafascynował mnie świat Love Remains; w obu przypadkach poprzestanę chyba na bezpiecznej, nieoczywistej, zdystansowanej perspektywie. "Z tyłu liceum, z przodu muzeum” trochę.

MS: Konsekwencja z jaką Burial prezentuje niezgodę na coś w rodzaju emocjonalnej neutralności, panującej w sporej części muzyki "około-tanecznej" , zasługuje na uznanie. Jego harmonia, jego brzmienie, sample – wszystko to zdaje się być obliczone na wywołanie prawie-konkretnych obrazów, odczuć; układa się w wyraźną narrację. To zresztą zupełnie banalne spostrzeżenia dla kogokolwiek, kto miał styczność z muzyką Brytyjczyka, czy choćby czytał jej recenzje. W przypadku muzyki zawartej na Kindred charakterystyka ta pozostaje aktualna, może wręcz na aktualności zyskuje. Dodatkowo jednak Burial wręcz kipi tutaj świeżymi pomysłami, w wypróbowaną formułę wprowadzając nowe, lepsze życie. Ciężko zgodzić mi się ze stwierdzeniem, że kompozycyjnie dzieje się tu mało. Od momentu gdy w tytułowym "Kindred" ograny 2-stepowy bit niespodziewanie wypchnięty zostaje przez dynamiczny, opadający groźnym trytonem bas, Brytyjczyk wciąga słuchacza w otchłań mikro-motywów, miniatur przeplatających się z większymi, bardziej repetytywnymi formami, a przede wszystkim różnego rodzaju kapitalnych, nieoczywistych i intrygujących zagrań takich jak choćby autocytat z "Endorphin" w początkach "Ashtray Wasp", przerywany zagadkowym "Alright, bye".

Już od samego początku, kiedy Kindred wita słuchacza kruchą, eteryczną progresją, poprzetykaną charakterystycznymi samplami, śmieszna wydaje się sama możliwość pozostawania w błędzie co do osoby producenta. Unikalność brzmienia Buriala do niedawna wydawała mi się pułapką, w którą Brytyjczyk odrobinę dał się złapać. Po blisko siedmiu latach od jego debiutu nie do końca wierzyłem, że czymś jeszcze może mnie zaskoczyć. "Street Halo" podszepnęło, że być może jestem w błędzie. Kindred zdzieliło przez łeb i pokazało w jak wielkim. Niesamowita sprawa.

IC: Wałęsanie się po opustoszałych klubach, pościg za odjeżdżającym autobusem, warkotliwe pomruki silników, stukot koturn i niebotycznych obcasów, bezpłciowe, sardoniczne głosy ludzi (?), zachęcających do odległych przyjemności, których nigdy nie będziesz chciał doświadczyć. Wizualno-dźwiękowa tkanka południowego Londynu nie ulega zmianie, nawet jeżeli wykrzywia się perspektywa obrazu, którą narzucił nam operator kamery. Burial to jest łebski koleś i wie, co w trawie piszczy, dlatego powrócił do kursu obranego na początku kariery w 2005, do flirtów z 4x4 i ambient housem, ale to wcale nie oznacza, że nauczył się kleić hity na duże hale. Jak on psuje te potencjalne bangery połaciami onirycznych faktur, heh. Z jednej strony nie mogę narzekać, bo powstały dzięki temu momenty zahaczające o taki całkiem przyjemny album jak Feed Me Weird Things Squarepushera, z drugiej zaś – myślę, że Bevan wolałby zmierzać w stronę Prima Edizione, niż Music For Airports.

Na Kindred nie znajdziecie takich popowych kawałków jak "Stolen Dog", ale całą EP-kę wypełnia więcej świeżych pomysłów niż Street Halo. Robi wrażenie zwłaszcza wrząca fantasmagoria closera "Ashtray Wasp", z rytmem wydyszanym przez mdlejące, urywane oddechy podwieszone na trademarkowym, iskrzącym podszyciu, Z kolei w utworze tytułowym ambarasu przysparza gargantuiczny bas, wdzierający się w zmysłowe, wydłużone wokale, a jakiż elegancki początek ma taki "Loner" – motyw z agresywnie galopującym syntezatorem na tasujących hi-hatach, "moje granie". Zatem urban-electronica w formie, ale momenty i rozwlekłość to coś, co można zarzucić Kindred EP (niby-suity, na pewno ktoś tu o tym wspomni). Jednakowoż mrukliwo-euforyczne produkcje Buriala zawsze stanowią wyzwanie dla całych rzeszy producentów i należy podejść do nich z sympatią, gdyż patrząc na to jak frenetycznie to wydawnictwo zostało przyjęte przez społeczność brytyjskiego garażu, istnieje spora szansa, że Bevan podsunie pod nos pomysły kilku zdolnym, młodym chłopcom, którzy nie mają ochlofobii i lubią podkurzać parkiet, zmuszając spódniczki dziewcząt do śmielszego obnażania ud.

LB: Przemawia do mnie ten Burial-narrator, fascynuje ta jego historia. Historia, której w zasadzie nie ma. Która potłukła się na kawałki. Pomieszane, pogubione tak, że klej nic już nie pomoże. Muszą zatem wystarczyć za całą opowieść, leżąc tak nieporadnie w nieporządku. Co ciekawe, zwykle nieznośny posmak chaosu tu jednak nie przeszkadza. Coś go neutralizuje. Jakaś analogia. Te porozrzucane szkiełka mienią się bowiem kolorami i pokazują odbicia kolejnych kawałków, kolejnych potłuczonych całości. A te odbicia wydają się takie wdzięczne i kuszące, czasem brudne i niepokojące. Zawsze jakieś. Mienią się, ale i mamią. Nęcą podstępnie, by sprzedać nadzieję. Właściwie marną jej podróbkę. Bo tu przecież nawet nie ma się czego chwycić – łapiesz, a to bezczelnie znika. Tracisz, choć nigdy nawet nie było twoje. Jak w niedopowiedzianej kodzie do “Loner”, w tej szczątkowej melodii na szczątkowym tle, która gaśnie zanim na dobre zajaśnieje, za którą jednak tęskni się bardziej niż za linearną i logiczną narracją właściwej części utworu. Właśnie, bo na Kindred najciekawiej robi się wtedy, gdy światła momentalnie i bez ostrzeżenia przechodzą w cienie, po to tylko by za chwilę znów rozbłysnąć. Jak w życiu? Uhuhu, grząskie tematy. Ale tak, bo przecież próżno szukać w nim porządku, nieprzypadkowości, trwałości, solidnych podstaw. “Współczesna twórczość Williama Bevana jako metafora życia”? Za dużo, ale przez te “mikro-motywy” stał mi się jakoś dziwnie bliski.

Luiza Bielińska     Iwona Czekirda     Marcin Sonnenberg     Jakub Wencel    
25 lutego 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja