RECENZJE

Budyń
Kilof

2004, Sony Music 3.0

Generalnie, nie mam zamiaru wyruszać na kolejną krucjatę przeciwko pewnemu zjawisku, dlatego osobiste spostrzeżenia na temat aury jaką potrafi stworzyć wokół swoich projektów lider Pogodno zachowam tym razem dla siebie. Warto jedynie odnotować, że nasze zaściankowe, obskurne pomysły na muzykę niezależną (punk, reggae, ska) dawno już sczerstwiały, a sympatie niegdysiejszych wielbicieli Grabaża przeniosły się na bandy w rodzaju Pustek czy Pogodno właśnie. Jointy, neurotyczność i psychoanaliza nadal w cenie. Solowe przedsięwzięcie Jacka Szymkiewicza, zrealizowane pomiędzy rozpadem a reunionem szczecińskiej grupy, znakomicie wpisuje się w ten nurt avant-pseudo. To porcja och-tak-bardzo-zakręconego eklektycznego alt-rocka z och-tak-bardzo-zakręconymi lirykami. Budyń stara się zahaczyć o kabaret, pastisz, groteskę, wszystko podrasowane własnym charakterystycznym (ugh) feelingiem; próbuje uprawiać silesiański psych-folk i dziko zaaranżowane przestrzenne góralskie pieśni; wplata elementy improwizacji, transujące pejzaże, gotycyzujące ballady, hip-hop (w kawałku z Łoną), jazzik czy po prostu bliżej niesprecyzowane eksperymenty stylistyczne. Krótko mówiąc gość za wszelką cenę chciałby odlecieć. Niestety jego postać kładzie te zamierzenia. Psychodelia zdaje się mało naturalnym środkiem wyrazu dla Szymkiewicza, który cholernie pragnie pokazać jaki to z niego pojebus. Fajnie, ale te przyspieszone śpiewodeklamacje, inspirujące chyba Fisza na Słoniu, raczej wypadają infantylnie niż wariacko. Dochodzi jeszcze kwestia braku charyzmy, braku poczucia humoru, a przecież właśnie w śmieszność celuje frontman Pogodno. Muzycznie, nawet jeśli różnorodny i siłą rzeczy dość oryginalny (przypominam, postać Jacka Szymkiewicza), Kilof prezentuje kompozycyjną mizerię i denerwujące "unfocused".

Michał Zagroba    
11 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja