RECENZJE

Brother Ali
Shadows On The Sun

2003, Rhymesayers 7.1

Nowa twarz pojawiła się na hip-hopowej scenie. Utalentowany raper ze slumsów Minnesoty wydostał się nareszcie z cienia obskurnych freestylowych pojedynków (tak, takich jak w 8 Mili Marshalla), dając się poznać w środowisku na płomiennych występach live. Dwudziestoczteroletniemu debiutantowi szansę dało Rhymesayers; pod skrzydłami wytwórni brawurowy muzułmanin-albinos udowodnił, że na rymowaniu jego talent się nie kończy.

Ali wraz z producentem Antem ("mrówką") uciekają od oczywistych groove'ów, eksponowania basu i bitu, jednocześnie zachowując tradycyjny trans podkładów, niekiedy opierających się na zloopowaniu kilkusekundowych kompozycji. Chyba najbardziej kreatywnie wypadają kawałki imprezowe, w umiejętny sposób zapodające cudownie chwytliwe motywy przewodnie, skłaniające Brothera Ali, zbliżającego się na takie okazję do cieńszej białasowej recytacji Eminema, do wkroczenia z melodyjnym rapem na granicy śpiewu, co zawsze ujmuje mnie w wykonaniu MC. Na przestrzeni całego albumu deklamacje ujawniają spore wyczucie melodii, Ali modyfikuje tempo nawiki, dostosowując ją na miarę swoich możliwości do klimatu podkładu. W ogóle nie można dwóm architektom Shadows On The Sun odmówić łatwości w operowaniu eklektycznymi formułami. Z dużą świadomością i wielką swobodą sięgają oni po samplowy budulec z najróżniejszych stron, racząc patetycznymi progresjami klawiszowymi, pojechanymi tunami rodem z jazzowych big bandów, chórkami gospel, soulowymi wokalizami, funkowymi pląsami basu, a nawet krótka wstawka współczesnego jamajskiego reggae nieźle wpasowuje się w "Bitchslap!".

Równie zajmująca okazuje się uważniejsza lektura pozamuzycznych treści. Opener "Room With A View" pełni rolę manifestu, wspominając najważniejsze wątki tematyczne reszty Shadows i zawierając pewien rodzaj artystycznego samookreślenia. Ali wściekle wypluwa przygnębiający opis swoich stron, sytuując siebie w roli rapera z mrocznych zakątków Minneapolis i dumnie z mocą podkreślając "You can call me modern urban Norman Rockwell / I paint a picture with a spot-weld". Podobnie jak w kwestii dobierania dźwięków, także w warstwie lirycznej Brat Ali unika monotematyczności. Ponure miejskie obrazki, muzycznie nie pozbawione fantastycznej czarnej "spirytualności", ale nieco przerysowane w swoim apokaliptycznym wydźwięku, nie wyznaczają krańców jego poetyckich możliwości. Dochodzą przecież barwne opowiadania, zarówno takie z autorem w roli fokalizatora, jak i całkowicie fikcyjne. Najsilniejszy groove uderza we fragmentach rozrywkowych, jak w zabawnym, podrasowanym r'n'b "Prince Charming", "Blah Blah Blah" – rewelacyjnej potyczce słownej pomiędzy autorem a zaproszonym MC Slugiem, czy moim faworycie "Foreście Whitikerze", gdzie Ali udziela urzekająco szczerej i pozbawionej kompleksów lekcji samoakceptacji. Topos religijny (w tym wypadku islamski) spełnia tu funkcje folklorystyczne. Egzotycznie wypada arabski rap "Soul Whisper" albo fragment, kiedy Ali uczy swojego małego synka podstawowych słówek (czy też wyznania wiary, nie pytajcie) na koniec rewelacyjnego jazzującego "Doriana".

Według mojej nieśmiałej teorii Shadows On The Sun stanowi tegoroczny odpowiednik Quality Taliba Kweli. Paralele można rozciągnąć poczynając od artystycznego pseudonimu, poprzez budzący momentami podobne skojarzenia flow, aż po źródłosampl (w rozmodlonym, mojżeszowym "Picket Fence" wykorzystana została nawet jedna z wokaliz użyta wcześniej przez Taliba). Synonimiczność jest oczywiście ograniczona – wyraźnie lepsze wydawnictwo Kweliego to w większym stopniu dzieło jego i kompanów, zachwycające klimatem żywego grania i odsadzające rapera z Twin City siłą feelingu. Tym niemniej płyta Brothera Ali okazuje się ważną pozycją uzupełniającą rozpiętość hip-hopowego krajobrazu, proponując dość pogodny melanż, bardziej refleksyjny niż balangowe Majesticons i równie daleki od jazzowego Madliba, czy teksturalnej i treściowej głębi projektów MF Dooma.

Michał Zagroba    
17 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie