RECENZJE

Broken Social Scene
Hug Of Thunder

2017, Arts & Crafts / City Slang 6.5

W związku z obsesyjnym powracaniem do tego początkowego półsekundowego przejazdu po gryfie, pierwszy odsłuch skończył się na wysokości pierwszej minuty. Brzmi to może dość abstrakcyjnie, ale w tym drobnym euforycznym dźwiękowym atomie, repetowanym przez kilkanaście minut, ucieleśniła się cała ta schyłkowa gitaro-centryczna fajność kilku ostatnich dekad. Pachnący lekko U2, singlowy "Halfway Home" to jest wejście, które otwiera oczy niedowiarkom, to powrót na skalę naszych możliwości, a prawie godzinna nostalgiczna podróż do ukochanego You Forgot It in People* z wyraźnie zwiększoną rolą partii wokalnych, w nieco odmienionej, bardziej klasycznie piosenkowej odsłonie, może nie jest tym, o czym można było śnić w swoich przesadnie wygórowanych oczekiwaniach – jednak cóż – gdzieś tam ten dawny blask genialności pozostał, ustawicznie przebijając się przez zachmurzone niebo niedociągnięć i wypełniaczy, które z każdym kolejnym odsłuchem odsuwają się w dal, tworząc coraz więcej miejsca pod czystą bezpretensjonalną oraz błyskotliwą radość z obcowania z nowym dziełem zasłużonych dla muzycznego świata Kanadyjczyków.

Optymizm i naiwna nadzieja, w szczególności w sztuce, nigdy nie były w cenie sprowadzane do parteru prymitywnej podniety pańszczyźnianych chłopów przeciwstawianych dostojeństwu arystokratycznego patrzenia w pustkę Hłaskowych bohaterów – naciąganej ikony jednostkowej inteligencji budowanej wokół celebracji autodestrukcji połączonej z trupią twarzą emocjonalnego chłodu. Dlatego tym bardziej imponuje odwaga Kevina Drewa tworzącego zaangażowany humanistycznie fundament reunionu wokół niewinnego anty-nihilizmu, i już dużo dojrzalszego podjęcia się czynnego oporu przeciwko defetyzmowi drugiej dekady XXI wieku – śmiały obraz beznadziejnej donkiszoterii, tym doskonalszej im bardziej w swojej formie anachronicznej, przyjmującej wyraz walki z dominującymi cynicznymi wiatrakami za pomocą potężnych ścian dźwięku i naddatku dęciaków eksplodujących w potężnych kulminacjach. Że to było, że to tylko hauntologiczny ciąg dawnych lat. Gdzie są eksperymenty, gdzie to dostosowanie się do współczesnych warunków, to bycie na czasie – po co, jak w zasadzie od nagromadzonego na płycie żywego, pełnego energii patosu, drwiąc sobie z wagi kontekstu czasowego, można poczuć się w pełni, jak w jakościowym domu.

Pomimo lekkiej (z punktu widzenia krytyki naciąganej) obniżki formy i oddania fanom na ręce materiału w wielu miejscach wybrakowanego, poprzetykanego lekko nudnawymi przerywnikami – wciąż, w sercu tej płyty, tkwi to, za co Broken Social Scene się kocha, za co się szanuje, na którego się czeka, i z nim się jest. Mamy ten dominujący egzaltowany klimat pełen tęsknoty za niewinnym oddawaniem się drzemkom na podłodze czy wizjami rzucania telefonami o wypełnione porozwieszanymi plakatami ściany. Możemy wciąż odhaczać ten silny gatunkowy eklektyzm spajany przesłodzonymi melodiami, izolowanymi od tandety kolejnymi szczelnymi warstwami hałasu złożonego z przytłaczającej ilości instrumentów – wprawdzie wspólnie od czasu do czasu wchodzącymi – nawet jak na ich standardy – w abstrakcyjne, pełne chaosu rejony, jednak pomimo tego, razem z tym, co dużo powyżej, tworząc z tego wszystkiego bardzo dobry materiał skutecznie igrający oraz wyśmiewający zarzuty o bycie niepotrzebną skamieliną, której przejmujący highlight zamykający całość – krążący wokół apokaliptycznych emo-rejonów – to czysty destylat całego tego emocjonalnego grania około Wrensowo/Spillowskiego. Pięciominutowy uczuciowy "peak" stworzony z doświadczeń tej bardziej nadwrażliwej części lat 90. Jeżeli ktoś tutaj na sali tęskni za tym, co było, pragnąc sobie wdawkować prosto w kable jakiś retro-stuff – nowy BSS raczej nie powinien zawieść głodowych oczekiwań, dając w zamian to, do czego już od dawna jesteśmy przyzwyczajeni w ferii narkotyczno-oślepiających kolorów.

*Nazywanie tego częścią drugą? Wyłączając ogólną, bardzo podobną strukturę – tropów jest tutaj dość sporo. Biorąc na warsztat przykładowe wrzucone na drugim planie do "Stay Happy" elementy powzięte z "Capture The Flag", czy też "Towers And Masons" inkorporujący wprost zagrywki z "Pacific Theme" – autoplagiat, postmodernizm, puszczanie oka do fanów? Nieistotne, dobrze się to razem zgrywa więc pozostaje tylko milczeć i się cieszyć.

Michał Kołaczyk    
10 sierpnia 2017
BIEŻĄCE
Porcys Składak: Four Tet
Four TetNew Energy