RECENZJE

Broken Social Scene
Forgiveness Rock Record

2010, Arts & Crafts 6.6

ŁK: Jak na płytę zespołu – jeśli można tak nazwać ten kolektyw – który nie wydawał nic przez pięć lat, Forgiveness Rock Record zaczyna się jak najlepiej i przypomina dlaczego właściwie Broken Social Scene kiedykolwiek nas obchodzili. Frontowa część albumu zapowiada nam rewelacje. Ogromny okaz oldskulowego niezalu "World Sick", syntetycznie niepokojący "Chase Scene", "Forced To Love" w stylu romantycznego Mascisa – świetne piosenki. Ale niestety potem utwory są słabsze a płyta nie chce się kończyć, napięcie siada. "Ungrateful Father" nie usprawiedliwia ciągnięcia się przez prawie siedem minut, a do tego następuje po nim przeciętnie zajmujący instrumental "Meet Me In The Basement". Ani na moment BSS nie popadają w słabość, ale tylko sporadycznie przykuwają uwagę.

BD: Po latach jeszcze wyraźniej widać, że to na pewno oni antycypowali nu-indie a la Arcade Fire ("Meet Me in the Basement"), ale też jakie to jest momentami totalnie Dino Jr., nie tylko trochę i nie tylko wokalnie. Sęk idzie o drobnostki, że "Highway Slipper Jam" to nie "I'm Still Your Fag" etc. McEntire'a nie słychać, ale on się chyba ostatnio lubi nieco wycofać na tylne siedzenie. A tak poza tym, to przyjazne granie. Skutecznie operujemy atmosferą. Umiejętnie otulamy ciepłym kocem zranione serduszka. Bierzemy w objęcia potrzebujących. A "Sweetest Kill" nawet autentycznie leczy. Rozedrgane, czułe quasi-stadium-rockery ("Water in Hell" niczym "Hotter Than Hell", heh!) też spoko. Chwalę.

KFB: Wstrzymajcie konie, bo najnowsze wydawnictwo Kanadyjczyków to wcale nie tak zła płyta jak można było przypuszczać zawczasu. No bo nie oszukujmy się, kiedy po wydanym w 2005 roku self-titled każdy z członków poszedł w swoją stronę ciężko było mieć nadzieję na kolejny dobry album pod szyldem BSS. Ta nadzieja, chociaż jeszcze nieśmiało się tląca, została rozdeptana solówkami Feist, Drew i Canninga – powiedzmy sobie szczerze, nie były to tragiczne płyty (ba, nawet niezłe), ale tylko pokazywały na czym polega synergia w przypadku Broken Social Scene – tych postaci najzwyczajniej w świecie praktycznie *nie ma* poza kolektywem (no, może oprócz Feist). Zejście się wszystkich ważnych z powrotem z okazji Forgiveness Rock Record ciężko było uznać za dobrą wróżbę, ale znowu zadziała magia i płyta, która na papierze nie miała prawa się bronić, udała się w pełni. Dlaczego? No cóż – wypada chyba powtórzyć kilka banałów – "bo to bardzo dobrzy muzycy są generalnie", "bo producent im się taki trafił, który raczej jest z tych nie przeszkadzających" i wreszcie "bo lubimy te piosenki które już znamy". Nic na tej płycie nie szokuje – przeważa solidna rockerka w typie czasem młócki ("Meet Me In The Basement" – swoją drogą motywik trochę zerżnięty z sebadohowego "Flame"?), hymny w postaci prawie stadionowej ("World Sick") czy po prostu chwytające za serce (hrhr) ballady ("Sweetest Kill" czy "Sentimental X's"). Nawet jeśli gdzieś to wszystko już kiedyś słyszałem to jakby nie było jestem mile zaskoczony efektem końcowym.

RG: "No dobra, skończyła się bajka" – tak można było skwitować załamanie na scenie Broken Social Scene po trasie koncertowej promującej album, który nazywał się tak samo jak oni: długo się nie dało utrzymać kolektywnej kreatywności, Feist zaczęła mieć coraz więcej punktów coolu, inni też mieli swoje projekty i już-już wszystko zaczęło się rozpadać z różnymi ploteczkami w Internecie. A potem? Potem bajka zaczęła się ponownie, z ustabilizowaniem się składu i innym podejściem, jak to Kevin Drew deklaruje w wywiadach. Jasne, nadal mamy do czynienia z kolażem sceny w Toronto, ale, ale rzucaniem haseł "if you're looking for stability and constancy, it might be best to look elsewhere" już niestety trochę nie pasuje obok nazwy Broken Social Scene. Duża część dźwięków na Forgiveness Rock Record brzmi tutaj jak wypadkowa solówek Drewa i Canninga, nikt już nie gra żadnych melodii z Pacyfiku, czy opiera piosenkę na motoryce bębnów i tak dalej. No dobra, zabrzmiałem już jak wiecznie niezadowolony Ryszard V Wielki, już postrzelałem uwagami to zaznaczę czemu tej płyty słucham cały maj: to wciąż album Broken Social Scene, fenomen tej zbieraniny ludzkiej wciąż działa, zataczając coraz większe kręgi, wciągając takie nazwiska jak McEntire, a cały zespół właśnie najlepiej w serca trafia jak działa razem, jak już to Kacper zaznaczył. Trafia się cudownie podniosły "World Sick", gonią go poziomem "Art House Director" czy intensywne "Forced To Love". No o piosenki tu chodzi, trochę o brzmienie, wciąż one sprawiają, że warto liczyć na ich nowe nagrania, mimo tego kanadyjskiego brzemienia. Super, że bajka ciągle trwa.

Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Ryszard Gawroński     Borys Dejnarowicz    
11 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie