RECENZJE

Broadway Project
In Finite

2005, Grand Central 6.9

Przynajmniej przez pierwsze kilkanaście minut słucha się In Finite z otwartymi ustami. Rozległe soundtracki bijące zdrowym sercem krzepkich hip-hopowych breaków niosą w sobie cząstkę tajemnicy. Takie downtempo z przesłaniem. Taki abstract-hop na "cynematycznie". Wyjątkowość dzieła polega częściowo na wielkiej urodzie elektronicznych panoramicznych pejzaży, a połowicznie na nadaniu loopowemu firmamentowi ludzkiego dotyku poprzez zagrany "w realu" żywy impresjonistyczny jesienny jazz i wspomniane witalne bity. Radzę na pierwszy kontakt sięgnąć po kawałek "I, Partisan", gdzie koleżka zdołał zsyntetyzować praktycznie wszystko do czego na In Finite dążył: oddziałujące sedatywnie i depresyjnie elektryczne pętle; delikatnie dookreślające klimacik pianinko; prowadzące nieco żywszy typ rytmicznej narracji, regularne hip-hopowe beaty; bas schowany za podwójną gardą; saksofon najpierw uzupełniający jazzbientową sklejkę, następnie uwalniający się w nerwową solową opowieść; a także cymesy, jak subtelny dzwonkowy background, odległa mantra jakiegoś wykrzyczanego sapnięcia ("yy yy") i ułamek gregoriańskiego patosu. Pozostałe fragmenty przynoszą między innymi smak orientu, fletową mistyczkę, głębokie smyki rzeźbiące gwiaździstą przestrzeń, a nawet jakieś gajbopodobne crescenda i "apokaliptyczne napięcie". A więc wątków ci mamy dostatek.

I byłoby bardzo pięknie, gdyby ta powalająca na wstępie formuła funkcjonowała w podobny, ekscytujący sposób dłużej niż kwadrans. Że niby dalej "muza słaba"? Nie no zajebiste te numery są i kompozycje mucha nie siada, tylko ogólne wrażenie omdlewa nam tu jakoś, atmosfera powszednieje z każdą minutą, ciążąc za bardzo ku czemuś na kształt audiowidowiska (no bo nie zwyczajnych filmowych ilustracji, bez przesady), ciekawego rzecz jasna, ale już bez tajemnicy. Mimo wszystko to nadal niezmiernie ciekawe, pochmurne "dźwiękowe wizualicje" stworzone przez człowieka o bogatej wyobraźni. Puszczając wodze fantazji, jestem w stanie wyimaginoać sobie całkiem podobną kontynuację Protection, gdyby Massive zapragnęło w 98 roku nagrać wspólnie z Trickym instrumentalny album mrocznych, szerokich obrazów, pozostając w obrębie swojego genre i rozwijając myśl "Weather Storm" w połączeniu z podkładem tytułowego.

Michał Zagroba    
18 października 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie