RECENZJE

British Sea Power
The Decline Of British Sea Power

2003, Rough Trade 5.8

Tylko nie to! – wykrzyknąłem po paru sekundach intra debiutu British Sea Power. Słota chórkowych smętów pozwoliła przypuszczać, że mam do czynienia z kolejnym roztkliwionym nad sobą zespołem z Wysp, który... I tu dobierzecie sobie sami: "uratuje rocka", "uratował rocka", "jest nowym Radiohead", "jest lepszym Radiohead", "jest nadzieją młodego pokolenia", "jest największą sensacją roku", "jest błyskotliwą zapowiedzą czegoś absolutnie wielkiego". Wygłaszane w nieco tylko mniej pompatycznym tonie opinie zachodnich pismaków jak wiadomo z chwilą pojawienia się nie wróżyły niczego ponad mistyczną przeciętną. No ale przecież do regularnego słuchania tej płytki przyznał się pół roku temu sam Doctor Tchock, szerzej znany jako Thom Yorke. Czyżby było to złośliwe naigrywanie się? E, nie, choć w tym zachwycie naprawdę sporo musiało być angielskiej kurtuazji Czoka.

Po takim wstępie oczekujecie pewnie na zdanie, że BSP niczego nowego w rocku nie odkrywają. Słowa te właśnie padły i owszem, nie należy ich negować, są prawdziwe. Co ciekawe, to nie tu jest tym razem pies pogrzebany. Nienarzucająca się (przynajmniej według dzisiejszych, niskich norm) nieoryginalność czwórki Angoli nie wadzi. Ale zaraz, dlaczego recenzję płyty ocenionej na niezłe 5.8 zaczynam od przygotowania gruntu pod nakreślenie jej problemów? Bo widzicie, mam wrażenie, że materiał, w oparciu o który stworzono The Decline Of British Sea Power, można by spożytkować o wiele lepiej, choć już nie w kształcie longplaya. BSP to interesująca w formie próba fuzji ostrza post-punku z popową stroną new wave. A żarzące brzmienie rozmywając się delikatnie stwarza odpowiednie pole dla suchego, lubiącego sobie jęknąć tudzież wrzasnąć, wokalu niejakiego Yana (każdy z członków załogi legitymuje się jednym słowem, stanowiącym imię lub ksywę). Fajno i cacy, gdyby tylko kapela posiadała cnotę umiejętnego korzystania z (nawet szerokiej) gamy motywów, motywików, snadnych refrenów czy też celnych kanonad wiosłem. Ale gdzie tam.

Niemal każdy z jedenastu utworów krążka zaczyna się od chwytliwego riffu. W pełni przemyślane poprowadzenie dobrze lub bardzo dobrze zapowiadającego się wątku ma miejsce tylko w mniej więcej dwudziestu procentach przypadków. Połowa z nich trafia się prawie na samym przedzie. Sprzątnięcie bowiem nieczystości, które niewątpliwie zostawia po sobie czterdzieści jeden sekund openera "Men Together Today", trzeba odłożyć na później, wraz z błyskawicznym wejściem wyśmienitego (zdecydowanie najlepszego w zestawie) "Apologies To Insect Life". Drogę na tron żywiołowi kawałka toruje wyginający się timbre Yana oraz zadziwiająco zachęcająca lepkość drumów. Jest to również jedyny fragment The Decline Of..., którego linia basu przykuwa uwagę (choć to zasługa raczej uwypuklenia w studiu, niż rzekomej mocy tego prostego chwytu). Pewne wątpliwości mogą się pojawić dopiero w końcówce utworu i wprawdzie ich namowa by jednak nie nacisnąć repeat nie ma zbytnich szans powodzenia, to można to traktować jako pierwszy symptom schorzenia trapiącego piosenki British Sea Power.

Przejawia się ono na nieustannym oczekiwaniu odbiorcy na kolejne przebłyski inteligencji i talentu czy to gitarzysty, czy to wokalisty zespołu. Co prawda następują one, ale nie zadbano, by samo ich wypatrywanie, nawet jeśli zazwyczaj nie przeciąga się, nie było stratą czasu. A jest. Pędząc od zgrabnych riffów do catchy wokaliz BSP gubią się w drodze pomiędzy nimi, lawirując zbyt często bez zbytniego sensu pośród zgiełku lub mało skonkretyzowanej (a tym samym nudnawej), ciemnawej osnowy (tak, jest tu ciut Joy Division). Brakuje melodii mądrze prowadzonych, dobrych od początku do końca (przy czym jednocześnie pojawiają się kawałki słabe od "deski do deski"). To negatywne wrażenie zamazane jest gdy słucha się albumu nieuważnie, czytając hate-maila czy też zagłębiając się w przezabawną tracklistę kolejnej składaneczki Pawła Kostrzewy. Od bieżącego zajęcia odwraca nas co parę chwil jakiś zajebisty moment, który mijając skłania z powrotem do porzuconej czynności. Potem znów podnosimy głowę zwężając usta i tak w kółko. Można ulec myśli, że naprawdę doświadczamy płyty, do której się powraca. Jakże to płytkie złudzenie.

Zresztą przyjrzyjmy się najgorszemu na albumie "Lately". Ej, postać tego kawałka. Rozbija go w pył najprostsze pytanie: po co? Najlepszy obrońca z Ally McBeal opierając się o tych niespełna czternaście minut ślamazarnicy musiałaby ulec nie tyle najgorszemu z afrykańskich, co nawet polskiemu wymiarowi sprawiedliwości (huh). Choć fakt, kara nie byłaby wysoka. Za udawanie, że się coś robi, nie robiąc nic, grozi (o ile się orientuję z dzienników) do trzech lat paki (oczywiście w zawieszeniu). Pragnąłbym szczerze pochwalić kapelę za szybkie wyciszenie indolencji, babdziania się tego kawałka, który doprawdy nie niesie ze sobą ni krztyny radości słuchania. Ale nawet tooo sięęęęęęęęę nieeeee-saaaaamooooo-wiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii-cieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee dłuuuuuuuuuuuużyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy.

BSP powinni rozebrać swoje piosenki na części pierwsze i spróbować poskładać je jeszcze raz, według jakiejś odmiennej niż uprzednio taktyki. Przy powodzeniu operacji mniej więcej siedem słabszych utworów mogą odstawić na bok. A z czterech pozostałych wykluć świetną EP-kę. Oczywiście nie zrobią tego, ale to już nie nasz problem.

Jędrzej Michalak    
22 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie