RECENZJE

Bright Eyes
Lifted, Or, The Story Is In The Soil, Keep Your Ear To The Ground

2002, Saddle Creek 6.5

Pamiętacie concept-albumy? Takie dziełka, pół-muzyczne, pół-literackie. Niby zestaw utworów, ale połączonych ze sobą jakimś wspólnym sensem, a nieraz nawet historyjką. Zjawisko samo w sobie ciekawe, zwłaszcza, gdy na obu płaszczyznach artyści mieli coś wartościowego do zaoferowania. Na przecięciu dwóch form wypowiedzi powstawały kilkakrotnie wybitne, nowe sposoby przekazania rockowym słuchaczom ważnych treści. Płyty pokroju Tommy, Berlin, Lamb Lies Down On Broadway, czy The Wall są elementami kanonu, głównie dlatego, że teksty naprawdę coś opowiadały i efektywnie współgrały z muzyką. Że były to zwykle gorzkie wyznania, to inna sprawa. Dziś jednak najważniejsze wydają się dwie rzeczy. Po pierwsze, wyraźny wpływ idei "potwora lat siedemdziesiątych", jak określano płyty koncepcyjne, na świadomość twórczą kolejnych pokoleń; po drugie zachowanie ciągłości, odświeżanie tradycyjnej formuły i dostosowanie jej do współczesnych standardów.

Tak się bowiem składa, że Conor Oberst, lider i właściwie mózg projektu podpisującego się Bright Eyes, jest wyjątkowo zainteresowany w eksplorowaniu możliwości owej formuły. Już przecież przy drugim krążku, Fevers And Mirrors, zwracano uwagę na taką właśnie strukturę lirycznej narracji, rzadko spotykanej niedawnymi czasy w (zwłaszcza) niezależnej muzyce. Podkreślano niezwykle młody wiek twórcy (dziś ma dwadzieścia dwa lata), predestynujący go raczej do punkowego wymiatania, niż poetyckiego splatania poszczególnych wątków w logiczną całość. Jasne, Yankee Hotel Foxtrot też można nazwać concept-albumem, ale wtedy to i tak tylko kolejny wyjątek potwierdzający regułę, że dziś trudno stworzyć swoją Quadrophenię przed skończeniem trzydziestki.

Oberst ma widocznie te rozważania w nosie, bo na trzeciej dużej płycie sygnowanej Bright Eyes, zatytułowanej Lifted, konsekwentnie brnie we wcześniej obranym kierunku i nie pozostawia złudzeń co do faktu, że zasługuje na miano kontynuatora Townsenda, czy Watersa. Trzynaście pieśni wypełniających Lifted składa się na pasjonującą, dramatyczną, choć wtórną (może lepiej: typową) tematycznie książkę. Mówię o książce, nie tylko dlatego, że graficzna oprawa albumu nasuwa takie skojarzenia. Także sposób narracji, preferowany przez Conora, niejasny, rwany, przypominający chwilami monolog wewnętrzny, odpowiada bardziej literackiej stylistyce (podczas, gdy wyżej wspomniane klasyczne tytuły mają w sobie więcej z filmu). Poniżej chciałbym pozwolić sobie na krótkie streszczenie tej hermetycznej, acz wciągającej historii, w której każdy z nas może odnaleźć coś ze swoich rozterek. (Kolejne akapity odpowiadają treści następujących utworów. Narratorem jest Oberst.)

Na wstępie zaznaczam, że będę chciał opowiedzieć wszystko dokładnie. Nic mnie nie powstrzyma, gdyż czuję takie powołanie, a na dodatek kocham śpiewać. Lepiej przecież otworzyć się ze swoimi problemami, niż zamykać się w sobie. Czuję, że mgła ciemności została rozwiana, mam pełną klarowność i zapraszam was do miasta, w którym się urodziłem.

Ta historia nie ma początku. Jak pamięcią sięgam, pragnąłem zawsze jednego: grać, śpiewać, nagrywać płyty. Nieważne było, co przyniesie jutro. Liczyła się atmosfera bieżącej chwili. Przyjaciele, przygoda, emocje...

Sądzę, że przyszedłem na świat tylko po to, by obcować z muzyką. To ona od początku nadawała sens moim poczynaniom. Była osobną rzeczywistością. Tak, piosenki, alkohol, spotkania ze znajomymi – dzięki tym namiastkom mentalnej wolności udało mi się jakoś przetrwać gnuśne dorastanie.

Dziewczyna. Musiała się pojawić w tym opowiadaniu. Tradycyjne młodociane dylematy: czy jesteś miłością mojego życia? Często mam wątpliwości. W końcu jesteśmy tylko dzieciakami. Pamiętasz, jak pierwszy raz cię pocałowałem? Mówisz: odchodzę, zajmij się innymi kobietami, ale wiem, że jesteś jak bumerang – wrócisz do mnie. Wrócisz, prawda? Wrócisz?

Teraz chcę kochanki, której nie będę musiał kochać sercem. Mam forsę, mam forsę! Jeśli tylko znajdziesz czas, mam forsę.

Otrzymałem kolejną lekcję od życia: wszyscy jesteśmy sami na tym świecie. Trzeba zatem pomagać sobie nawzajem. Krótka rozmowa z drugim człowiekiem, "terapeutyczny" uśmiech, potrafią nieraz czynić cuda i są bardzo wskazane.

Śmierć. Jakże niepewny to temat. Kiedy nadejdzie? Czy pojawi się zbawca? Czy to prawda, na marginesie, że zginął za nas wszystkich? Czy w ogóle zginął? Nie znasz dnia, ni godziny. Nagle zgaśnie słońce, wszystko rozpłynie się w czerni. Ale dlaczego? Proszę o wyjaśnienia, bym lepiej tę zagadkę zrozumiał.

Nadszedł czas zmian. Zdecydowanych, odważnych kroków. Lecz jestem chyba zbyt strachliwy. Wygodniej jest pozostać w komfortowej nieświadomości dziecięctwa, łatwo wracać myślami do beztroskich szkolnych lat. Tak bardzo chciałbym znaleźć kogoś, kto pomoże mi przejść przez życie. Ale będzie tak, jak ma być. Nie można odmienić przeznaczenia.

Pogódźmy się nareszcie z tym, że nasza miłość ostatecznie umarła. Zestarzała się, wytarła w nas. Ale nie czas teraz na zmartwienia: idź, biegnij ku temu, którego naprawdę kochasz. I uwiedź go swym wdziękiem, zwiąż swym urokiem. A on stanie się takim samym niewolnikiem, jakim byłem ja.

Mam kumpla, który składa się głównie z bólu. Ma wielki talent plastyczny, powiedziałem mu to, lecz on odparł: nie, nie, we mnie nie ma żadnego piękna; jestem wypalony, stracony dla świata. Czy wiedzieliście, że miłość jest jak loteria? Jednego dnia wypadnie twój numer, innego nie. Trzeba czekać i trzymać kciuki przed następnym losowaniem. Tego tylko chcę: być kochanym i wierzyć w swą duszę.

Przeszedłem przemianę wewnętrzną. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem kogoś innego. Teraz patrzę w słońce i czekam, aż ono eksploduje. Nieistotne, jak skończy się ta pieśń. Kiedyś znajdziemy drogę ucieczki i będziemy wolni.

Laura, czy wiesz, że byłaś najsmutniejszą piosenką w kształcie kobiety? Niech wspomnę, jak twoja siostra poprosiła mnie, bym się tobą opiekował. A ja ją zdradziłem. Chyba zadzwoniłbym dziś, gdybym wciąż miał twój numer. Zabawne, ale zawsze byliśmy do siebie podobni; choćby to, że oboje nie jadaliśmy kolacji...

To miasto doprowadza mnie do szaleństwa. Ambicja jest najsmutniejszą drogą do porażki. Dlatego nie czytam recenzji – nie, nie śpiewam dla ciebie! Nauczyciele? Nie mam do nich pretensji, w końcu miałem piątki. Zaraz, a telewizja? ABC, NBC, CBS. Gówno to warte. Mówią nam prawdę, czy kłamią? Dość już. Gdy po raz pierwszy usłyszałem słodki dźwięk skromności, tak wdzięczny byłem, że mogłem stać się częścią tej tajemnicy: kochać, być kochanym. Miejmy nadzieję, że to wystarczy.


Całkiem dojrzałe jak na dwudziesto dwu latka, nie? Momentami szokujące wręcz w swojej szczerości. Celowo zredukowałem opowieść Conora do absolutnego minimum, także jakościowego. Nie chciałem bowiem dokonywać przełożenia, interpretacji, lecz jedynie suchego zarysu problemów poruszanych przez zdolnego writera w Lifted. Stąd też musi to wyglądać na niezłą grafomanię, godną Whartona, czy innych "mistrzów" gatunku. Zapewniam wszak, że Oberst dysponuje tak bogatym materiałem językowym, tak wyczulonym zmysłem obserwacji, że wersja oryginalna (dostępna w całości we wkładce) robi wrażenie wspaniałego fragmentu prozy, uwrażliwionej na wszelkie cechy swoiste tekstu literackiego. Samo "czytanie" Lifted dostarcza sporej przyjemności i za samą pisaną warstwę dzieła należą się młodemu Conorowi gratulacje. A muzyka?

Muzycznie Lifted jest mieszaniną alt-countrowych ascetycznych ballad (gitara, głos), ostrzejszych, rockowych numerów głęboko zakorzenionych w amerykańskiej tradycji, oraz podniosłych, rozdmuchanych songów, czasem przesadnie zorkiestrowanych z użyciem rozległego wachlarza brzmień, od sekcji dętej, przez smyki, aż po różnorodne chóry. Sprawiać to mogłoby wrażenie chaosu, lecz tak nie jest. Kilka chwil jest znakomitych, naprawdę poruszających (refren "Method Acting", walczykowate "False Advertising", motyw główny "Lover I Don't Have To Love"), inne trzymają przyzwoity poziom, zwykle dopasowując się do nastroju tekstów, stanowiąc ich ciekawą oprawę. Zdarzają się dłużyzny, stąd Lifted nie przypadnie do gustu każdemu. Trzeba mieć w sobie dużo zaangażowania i cierpliwości, by przebrnąć przez tych siedemdziesiąt minut. Ale mimo wielu niedociągnięć, Oberstowi i spółce należą się brawa. Za to, że kreatywnie rozwijają gatunek, który swe najlepsze lata ma za sobą. Za odwagę, niezależność i determinację. Tak trzymać Conor.

Borys Dejnarowicz    
25 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie