RECENZJE

Bright Eyes
Digital Ash In A Digital Urn

2005, Saddle Creek 6.7

Być może miałem nieco inne oczekiwania względem elektronicznej eskapady Bright Eyes. Spodziewałem się jeszcze bardziej radykalnej odmiany, a przy tym muzycznego konkretu – chwytliwego digi-folku jakiegoś? Zamiast tego otrzymałem rozwlekłe, malownicze pieśni w nowoczesnym opakowaniu: coś na kształt komputerowego odpowiednika zeszłorocznego Walkmen. Choć Bows And Arrows, będę się upierał, było, jest i będzie albumem dramatycznie mdłym, nudnym i bezpłciowym; podczas gdy Digital Ash In A Digital Urn z kolejnymi przesłuchaniami solidnie wciąga w całym swoim niedopowiedzeniu, braku prostych rozwiązań, przeobfitej tkaninie aranżacyjnej i niekiedy kolażowym podejściu do kompozycji. Płyta, która potrafi jednocześnie rzucić wyzwanie, jak i pozostawić w stanie obojętnego omdlenia, w zależności od nastroju.

Piękne dobrego początki. Pieczołowicie malowany przejmujący krajobraz "Time Code" wprowadza w subtelne misterium. Wibrujące dźwięki elektrycznego pianina dostojnie i delikatnie kreślą obraz plasujący się na stylistycznej mapie mniej więcej pomiędzy sennymi scape'ami Dntel i niewinnymi, uroczymi majakami wczesnego Múm. Naiwna, ale niezwykle ładna, niemal pastoralna scenka "Gold Mine Gutted" oblewa falami wyrafinowanie wyprodukowanych smyków, chórów i synthów, wytapiając miłosny soundream. Tamborello jeszcze z tego nie będzie, ale niewiele brakuje. Dalsze fragmenty uwodzą w zupełnie rozkojarzone, gęste fakturalnie podróże pozujące na natchnione oberstowe piosenki. Skomplikowane lap-popowe pejzaże z postrzępionymi orkiestrualnymi partiami, wykluwającym się z syntetycznego tła pianinkiem, harfami i dynamicznymi, płaskimi pacnięciami drumów, najczęściej z przodu mixu. Chodzi generalnie o to, że koleś własne, hermetyczne, oryginalne światki kreuje. Że w "Down In A Rabbit Hole" występuje rzewna orkiestra przymglona i zanurzona po uszy w dziwacznej eksperymentalno-paranoidalno-transowej rzeczywistości, a avant-folk "Ship In A Bottle" rozpierdolony zostaje od środka edycyjnymi przekwaszeniami, tajemniczymi interludiami jak z uproszczonych Boardsów i wyjebanym nordyckim saksofonem płynącym z kosmosu. (A, i krótkie sola w "Light Pollution". No comment.)

Nazwa przekłamuje fakty. Miast cyfrowej atmosfery, nastrój oscyluje raczej w rejonach baśniowych. Niczym niewzruszony Oberst okazuje się mało elastyczny, nie czując żadnej potrzeby dostrajania się do klimatu rzuconego samemu sobie wyzwania. Przede wszystkim nie zdołał otrząsnąć się z trubadursko-gospelowej konwencji melodycznej, co stanowi pierwszy i podstawowy zawód. I w przeciwieństwie do bedroom-folku I'm Wide Awake, tu wyrazistość Obersta nie współgra z formułą płyty. W momencie gdy złożone, impresyjne bajkowe smugi zadziwiająco angażują, histeria wokalnego performansu dekoncentruje, pozostawiając w niewygodnym rozkroku: zjednoczyć się w bólu z Conorem, czy też, ignorując smęty, dać się ponieść muzyce. Owszem, gość dojrzał (a raczej w wieku 22 lat dotarł do punktu, gdzie lirycznie nie mógł już więcej wyrazić i teraz pozostaje się tylko cofać), ale elementy psychozy i "egzystencjalnego buntu" odzywają się nadal. Co nie przeszkadza mi ogólnie – Lifted na przykład wolę, bo broni się z powodzeniem szczerą pasją i zwinnością songwriterską, jednak na Digital lepiej było trochę odpuścić; emo ujmuje odwagi poszukiwaniom na płaszczyźnie instrumentalnej. I w ten sposób Conor Oberst nadal czeka na swoje opus magnum. Don't know when, but this day is gonna come.

Michał Zagroba    
4 marca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja