RECENZJE

Brian Wilson
What I Really Want For Christmas

2005, Arist 5.1

Beach Boys są odpowiedzialni za garść spośród najlepszych bożonarodzeniowych kawałków w dziejach muzyki rozrywkowej – kolejna kategoria, obok piosenek plażowych i samochodowych, w której nie mają równych. Nic więc nie dziwi w decyzji wiekowego już Briana, by sięgnąć ku eksploatowanej hen dawno w młodości z "kuzynami, przyjaciółmi i braćmi" dziedzinie tematycznej. Inna sprawa, że gdy ostatnio omawiając nowego McCartneya stwierdzałem iż Wilson jest "na fali", to miałem na myśli wciąż jeszcze obecne w mediach pokłosie histerii związanej ze SMiLE, a nie tę kolekcję świątecznych songów. I tu widać między obydwoma dziadkami-geniuszami różnicę zainteresowań: jeśli Paul stara się być na czasie i zatrudnia do produkcji Godricha (fakt ów celowo, perfidnie pominąłem w recce Chaos And Creation, bo zależało mi na wyeksponowaniu intensywnej osobowości Macci – ale jakoś bez odzewu ze strony chyba niezorientowanych czytelników), by zabrzmieć szczerze "aktualnie" i "świeżo", to Brian wręcz odwrotnie: powraca do korzeni swojej twórczości oraz tradycji estetyki z której wyrasta, wypadając na tym de facto follow-upie do SMiLE nawet, powiedziałbym, "staroświecko". What I Really Want For Christmas nagrał konsekwentnie z tą samą dokładnie ekipą, co pomogła mu zrealizować zeszłoroczne SMiLE właśnie (Foshett, Bennett, Walusko i inni), i stąd dla fanatyków tamtego wydawnictwa udzieliła się tu być może część magii.

Materiałowo, jest to rodzaj mixedbagu, od kolęd i przyśpiewek przy wigilijnym stole przez klasyczne numery beachboysowe po trzy nowe piękne utwory. Wątki tradycyjne są rzecz jasna najsłabsze, ale urzekają uroczystym, bogatym opracowaniem. Killerskie hity w rodzaju "Little Saint Nick" (pisarska kolaborka Briana z Love'em, w ogóle ej, najlepszy melodycznie fragment na temat świąt ever?) tym się różnią od oryginalnych wersji z lat 60-tych, co powiedzmy stare nagranie "Good Vibrations" od tego z 2004 – teoretycznie identyczna aranżacja, ale zamiast młodzieńczej, ekstatycznej ekspresji otrzymujemy dojrzały, wzruszająco "mądry" pietyzm wykonania. Wreszcie premierowe kompozycje. Tytułowy to barokowa perełka na poziomie odrzutu ze SMiLE (ach te skręcające z urody, zwalniające mostki), a opadające i wznoszące słodko progresje "Christmasey" oraz bonusowego "On Christmas Day" (dobrze, ja też zauważyłem w otwarciu cytat z "Be My Baby") hehe, no sorewicz, kojarzą się z balladowymi przejściami Pet Sounds. Lol normalnie. Suma suRaMum, What I Really Want nie trafi chyba do kanonu pop christmas recordings naznaczonego mityczną składanką Spectora czy wspomnianymi wyżej trackami macierzystej grupy Wilsona, ale jak na gwiazdkowy prezent jednego z najulubieńszych muzyków ever, który nie musi już nikomu nic udowadniać, to więcej, niż mógłbym się spodziewać. Dzięęę-kuuu-jęęę.

Borys Dejnarowicz    
23 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja