RECENZJE

Brian Wilson
That Lucky Old Sun

2008, Capitol 7.4

GRUDZIEŃ, DZIEŃ SZCZEROŚCI I PIERNIKÓW

Tu powinna znaleźć się notka biograficzna o Shigeru Miyamoto, ale nikt by nie zrozumiał, a Nowy Rok tuż-tuż. Nie, nikt przy jakichkolwiek zmysłach nie poleci Lucky Old Sun jako płyty na melanż, tak jak nikt nie kupi Infinite Jest na urodziny kuzynowi, który przeczytał w życiu dwie książki, z których jedną był komiks o kurwa Jeżu Jerzym. Z tym, że spójrzmy prawdzie w oczy: ani Infinite Jest nie jest przykładem najlepszej dostępnej książki wymagającej znajomości wszystkich możliwych predykatów i faktów, ani That Lucky Old Sun nie jest ostatnią płytą, jakiej chcielibyście posłuchać osuwając się pod stół smagani autofokusem sprzed oczu jakiejś nieznajomej, antycypującej przyszłe skurcze brody jakich dostanie jej współlokator na widok fot ludzi z którymi jeszcze niedawno piła wódę. I sytuacji w jakich ją stawiali. Co więcej, jeśli mało znajdujecie w rozkładzie dnia miejsca dla Beach Boys, równie dobrze możecie już teraz iść się najebać, ale wtedy przegapicie użycie słowa, bez którego nie obył się jeszcze żaden tekst po polsku o Wilsonie (i nie chodzi tu o plażę ani chłopców).

I WISH I'D READ THE DISCLAIMER

Z zastrzeżeń do artworku, to chyba że za dużo konkretu. Pójście w pomarańczowe plamki wpisywałoby się w Wilsonowską ikonografię nie jakoś mniej niż te pomarańczki, wyglądając nieco schludniej z czysto marketingowego punktu widzenia. (Nigdy nie byłem na ćwiczeniach z marketingu jeśli takie miałem, więc nie wiem, ale nikt słuchający electro i Beatlesów chyba tego nie kupi). A tak, widać na oko, że to płyta typa, o którym wszyscy wiedzą, że wymyślił pop, hop, ale nikt go nie słucha, bo pisze pastorałki i nie brzmi jak Joy Division. A potem idą słuchać Joy Division.

EJ BO W JĘZYKU POLSKIM PRZECINKI STAWIAMY ZE WZGLĘDÓW GRAMATYCZNYCH A NIE RYTMICZNYCH NO PRZECIEŻ JEZU

Trochę jakby Welles zrobił coś, co przyciągając miliony przed płatne i duże ekrany, zadowoliłoby przy okazji tych, co raczej ściągają, Pynchon napisał sprawną i przetłumaczalną historyjkę, a Wilson nagrał najlepszy album od '88. Z tym, że na drugie raczej bym nie liczył, więc co teraz. Wszyscy, jakby, wiemy czego się spodziewać. Przykładnie dłonią, bo kto jeszcze nie czytał, że Kalifornia itd.: "Going Home" – płaskie, rozlane po ścieżkach harmonie podgryzają od stóp tę plebejską, soft-rockową tyczkę aż do chórków, gdzie jest zamiatane jak za dobrych, sześćdziesiątych czasów: "At 25 I turned out the light / Cause I couldn't handle the glare in my tired eyes / But now I'm back / Drawing shades of kind blue skieeeeeeeees". Hydraulika tego. Rock się na chwilę kończy, aranżacjom brakło prądu, starzy ludzie dostarczają MELONA HARMONICZNEGO. UWAGA.

Mateusz Jędras    
31 grudnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy