RECENZJE

Brian Wilson
Brian Wilson Reimagines Gershwin

2010, Disney Pearl Series 5.6

Jakoś w połowie sierpnia Brian napisał do mnie maila, że właśnie przeobraził Gershwina i żebym sobie sprawił numerowanego winyla. Początkowo podjarałem się jak cholera – na jednym krążku spotyka się poniekąd dwóch z pięciu najwybitniejszych songwriterów XX wieku – gruba sprawa, warta uwagi. Gdy emocje opadły, pomyślałem jednak, że spoko, ale przecież mam jeszcze kilku znajomych hipsterów, którzy non-stop pracują nad jakimiś projektami, sam dłubię tutaj przy podsumowaniu, za tyrką się rozglądam, praca magisterska do napisania, a jeszcze jakieś wakacyjne inicjatywy w planach. Czas ucieka, terminy gonią, kwestii wartych ogarnięcia bez liku, więc dobrym pomysłem byłoby zostawić tę atrakcję jakoś na później. Przeczuwałem chyba, że to album tyle przyjemny, co kłopotliwy.

Piosenki Gershwina miażdżą. Zawieszone gdzieś między jazzem, amerykańskim folkiem a europejską muzyką orkiestrową, wzbogacone tekstami autorstwa brata kompozytora, Iry, szybko zwojowały Broadway, stając się słynnymi szlagierami i niemal od razu wchodząc do amerykańskiego kanonu. Podobny los spotkał jego poważniejsze utwory. "Błękitna Rapsodia" i "Amerykanin w Paryżu" to jedne z najlepiej rozpoznawalnych kompozycji XX wieku, a początkowo szokująca odważnym wykorzystaniem dziedzictwa Afroamerykanów (i przy tym często oskarżana o rasizm) opera "Porgy and Bess" dziś uchodzi powszechnie za niezwykle nowatorską, istotną zarówno pod względem kulturowym, jak i estetycznym. Część jej partii wokalnych funkcjonuje zresztą jako autonomiczne standardy piosenkowe, a "Summertime" jest podobno najczęściej coverowanym utworem w historii muzyki popularnej.

Niemal wszystkie jego kompozycje doczekały się niezliczonej ilości wykonań i aranżacji. Niektóre z nich stały się ikonami popkultury, wiele to dzieła wybitne na swych własnych prawach. Nagranie całego albumu poświęconego Gershwinowi to ogromne wyzwanie, ponieważ musi on być zestawiony chociażby z monumentalnym, zapierającym dech w piersiach albumem Elli Fitzgerald i Nelsona Riddle'a. Przedsięwzięcie Wilsona wydaje się być jeszcze bardziej ambitne, ponieważ z przyzwoleniem spadkobierców dziedzictwa Gershwina podjął się dodatkowo ukończenia dwóch szkiców kompozytora. Kto jednak mógłby być odpowiedniejszą osobą do tego rodzaju zadań, jeśli nie inny błyskotliwy songwriter, który wśród swoich największych inspiracji wymienia "Błękitną Rapsodię"?

"The Like In I Love You", pierwszy z tych dwu utworów, od samego początku dobrze zapowiada cały album. Subtelnie gershwinowski, to raczej kolejny popis wyobraźni muzycznej Wilsona, z jego melodyką, wyczuciem harmonii, a nawet kolorystyką. Także w "Nothing But Love" można dość precyzyjnie określić, co "nadpisał" na swingującym korpusie piosenki i chociaż kompozycja nie zdradza potencjału innych klasyków Gershwina, za sprawą Beach Boysa nabiera przyjemnych, radosnych rumieńców. Niestety, już nie tak dobrze brzmią próby odświeżenia standardów.

Te piosenki były zazwyczaj wykonywane przez czarnoskóre wokalistki. Dodajmy, genialne czarnoskóre wokalistki. Brian Wilson był świetnym wokalistą, a w jego głosie nadal pobrzmiewają niesamowite pokłady emocji, ale w tym wieku, w tym repertuarze, mierząc się z takimi sławami, jak Nina Simone czy Billie Holiday, wypada zwyczajnie blado. Nie pomaga tutaj zabielanie aranżacji, jak chociażby w "Summmertime", nie pomagają charakterystyczne chórki. Z drugiej strony - silenie się na bluesową barwę ("It Ain't Necessarily So") denerwuje, przybierając wręcz karykaturalne kształty. Jestem na nie, panie Wilson.

Wiele do życzenia pozostawiają też aranżacje. Autor SMiLE w kilku przypadkach poszedł zwyczajnie na łatwiznę, pozostając maksymalnie blisko klasycznych interpretacji. To oczywiście dobra recepta na sukces, ale wykonania z Reimagines sprawiają wrażenie zubożonych, pozbawionych dreszczyku swingu. Poza tym, po co nagrywać "Love Is Here To Stay" jak Frankie, ale bez Frankiego? Do you know Frank Sinatra? He's dead. Po co nagrywać bossa novę "'S Wonderful", jeśli nie jest się João Gilberto? Można wtedy wypaść co najwyżej jak Diana Krall. Jałowizna, nawet jeśli całkiem przyjemna.

Ciekawsze są te kawałki, które Wilson zdecydował się obdarzyć w większym stopniu swoją wrażliwością muzyczną. Ciekawsze, nie zawsze znaczy lepsze, bo zdarzają się tu zarówno piosenki świetne, jak i okropne. Bardzo dobre są surferskie "I Got Rhythm" oraz radosne "They Can't Take That Away From Me". Nieźle wypadają też "Someone To Watch Over Me" czy "Summertime", trochę przypominające atmosferą Beach Boysów z lat '70. Za cholerę nie mogę jednak zrozumieć głupkowato-tapeciarskiego "I Got Plenty O' Nuttin'". Przecież to jeden z najgłębszych i najbardziej emocjonalnych fragmentów "Porgy and Bess"! O co chodzi?

Warto podkreślić, że nawet te utwory, które sprawiają bardzo dobre wrażenie na tle całego albumu, nie mają startu do swoich historycznych, klasycznych odpowiedników. Chociaż całości słucha się dosyć przyjemnie, trzeba pamiętać, że to nie są autorskie numery Wilsona i ich nośność zawdzięczamy głównie geniuszowi kompozycyjnemu Gershwina. Praca aranżerska i wykonawcza – poza kilkoma wyjątkami – wydaje się natomiast zawodzić oczekiwania, nawet jeśli wszyscy uwielbiamy wilsonowską atmosferę. Szkoda.

Krzysztof Michalak    
11 września 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja