RECENZJE

Brian Ellis
Mirror/Mirror

2017, Chit Chat 7.1

Ilu takich gości jak Brian Ellis kryje się gdzieś kompletnie niezauważonych w bujnym gąszczu streamów i skromnych artykułów? Nawet wytężenie wzroku i skrupulatne przetrząsanie burzliwego kłębowiska losowych linków oraz promowanych postów nie wystarcza, aby wyłapać tego rodzaju delikwentów. Ale czasem popłaca cierpliwość, a innym razem przypadek przynosi w swoich ramionach tak przyjemną niespodziankę, że przez chwilę zastanawiamy się, czy oby faktycznie na nią zasłużyliśmy. Ale akurat dokopanie się do wydanego jeszcze w kwietniu tego roku Mirror/Mirror było wyłącznie przyjemnym zaskoczeniem i sprawiło mi samą radość.

Sam pochodzący ze słonecznej Kalifornii Brian to bardzo ciekawy JEGOMOŚĆ. Działa na wielu frontach i w wielu projektach – pomniejsze to choćby Birdbone Unlimited, Psicomagia czy Silver Sunshine (też warto sprawdzić), a do dwóch najważniejszych (i najbardziej nas tu interesujących) należą Astra (czyli prog-jazz-rockowy band, w którym Ellis obsługuje wszelkiego rodzaju gitary) oraz rzeczy nagrywane pod własnym nazwiskiem. Tu jednak należy się kilka słów wyjaśnienia, ponieważ wyraźnie da się zauważyć, że ten mający ewidentnie jazzowy background "multiinstrumentalista", z płyty na płytę zmierza ze swoim graniem w bardziej piosenkowo-singlowym kierunku. Od wydanego pod koniec dekady 00s debiutu, Brian kręcił się wokół rozbudowanego i euforycznego disco-fusion (Yellow Light District) zahaczając przy tym o wyrozumiałego prog-rocka bez zadęcia (Quipu), kanciaste retro boogie (Reflection) czy wychillowany disco-funk maczany w cukrze pudrze (In The Dark). I tu uwaga: to wszystko były właściwie INSTRUMENTALNE utwory, a każdy następny KRĄŻEK był logicznym krokiem w stronę formatu piosenki pop opartego na funkowym feelingu. Jak się okazało, warto było drążyć przez 10 lat, aby na ewolucyjno-stylistycznej mapie Ellisa pojawił się Mirror/Mirror.

Wyobraźcie sobie, że Gruff Rhys (wokal) postanowił nagrać solówkę inspirując się Herbie Hancockiem, George'em Clintonem, Prince'em, Scritti Politti czy Dâm-Funkiem i wyszedł z tego kolorowo-klawiszowy koktajl pełen słodkich septym i bezwstydnie przyjemnych refrenów. Taka charakteryzacja w jakimś stopniu broni się jako krótka rekomendacja, ale nie mogą odmówić sobie przyjemności nieco bardziej szczegółowego ROZPARCELOWANIA całego długograja. Tyle dobroci, że aż miło: dziarsko startujące "Nice Suprise" rozbija bank w refrenie obłożonym łamiącymi się akordami, nostalgiczno-chłodna ballada "High" mknie po astralnych synthach, "Walk 'n' Stroll" brzmi dosłownie jak bonus track do Night And Day Oriola, wypolerowany "Love Burn Out" z błyskiem w oku mruga w stronę Joe Jacksona, a "Out Of My Mind" zachwyca splotem funkowej gitary i złocistych klawiszowych melodyjek. Krótko mówiąc, Brian znalazł receptę na pogodzenie wyrafinowanego kompozycyjnego przebiegu z wypełnioną hookami, czystą popową nośnością, czyli sophisti-pop znowu górą.

Mirror/Mirror to kolekcja, która nawet na chwilę nie traci solidnego czy wręcz rewelacyjnego poziomu, a zręczność, z jaką Brian łączy kapitalne inspirację ze zmysłem do układania chwytliwych songów, onieśmiela co chwilę. Nawet pozornie statyczny "One And Only" kryje w sobie fragmenty, za które niejeden songwriter dałby się pokroić. A mamy tu jeszcze robiący za przerwę od PIOSENKOWANIA, bujający się z gracją w sykopowym szkielecie "Keep It Passionate", przejaskrawione, ejtisowe disco na modłę Księcia "Service With A Smile" czy krzyżówkę Scritti z Cupid i Janet Jackson z Control (no trooooochę przesadziłem, ale...) w "Addicted" (...serio uzależniam się od tych złocistych zmian akordów), a pod sam koniec kolejna podróż w kosmos w rozmarzonym, podniosłym joincie "What Is It Worth (To You)". I jak na razie taki zestaw robi na mnie niemałe wrażenie, frajda ze słuchania jest olbrzymia, więc pozostaje tylko zachęcić Państwa do zapoznania się z tym rozkosznym materiałem. GRATTULACJA, Brian.

Tomasz Skowyra    
12 lipca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja